nimfadora blog

    Twój nowy blog

    UWAGA!!!

    Brak komentarzy

    31 stycznia 2018 roku platforma blog.pl zostaje zamknięta, a wraz z nią zniknie ten blog. Ponieważ dostaję sygnały, że wciąż są osoby, które tu czasem zaglądają, informuję, że cała treść bloga zostanie przeze mnie zachowana w niezmienionej postaci i cały czas będzie do Waszej dyspozycji. Więcej informacji znajdziecie na mojej stronie facebookowej:

    https://www.facebook.com/Nimfadora-Tonks-211328058900214/

    Być może to jest dobry moment, by jeszcze raz podziękować Wam wszystkim za obecność i motywację do tej niełatwej pracy tworzenia całej historii… Mając świadomość, że to istniejące od 10 lat (!!!) moje miejsce w sieci, za chwilkę zniknie, jest mi mega smutno. Nawet pomimo, że żadnej z wklejonych tu notek nie potrafię czytać bez rumieńca wstydu ;)

    Tak więc, DZIĘKUJĘ!!! I mam nadzieję, do zobaczenia w innych zakątkach internetu!!! :* :* :*

    Jeśli chcesz śledzić nowe losy Nimfadory Tonks, zapraszam Cię TUTAJ

    Jeśli jednak wolisz poznać starą historię, wejdź TUTAJ

       Nadszedł dzień pogrzebu Dumbledore’a. Był to zarazem ostatni dzień pracy Tonks w Hogsmeade.
       Większość swoich rzeczy Tonks przeniosła do domu rodziców już kilka dni wcześniej. Pozostałe, najpotrzebniejsze, wkładała właśnie do niewielkiej walizki na kółkach, która leżała na złożonym i pozbawionym pościeli łóżku.
       Tonks nie czuła żalu, że opuszcza to miejsce. Spędziła tu przecież swój najgorszy rok życia. Teraz, gdy miała zacząć wspólne życie z Remusem w jego domu w Greenpines, wszystko miało być zupełnie inne.
       Remus nie zmienił zdania z samego rana. W ciągu ostatnich kilku dni przychodził codziennie i za każdym razem zarzekał się, że nie zamierza jej porzucić. Tonks nie wiedziała, czy bardziej się cieszy, czy może boi. Przecież Remus… już tyle razy zmieniał zdanie. Dlaczego nie miałby zrobić tego ponownie?
       Jednak Remus ją uspokajał:
       - Dałem ci słowo, że już zawsze będziemy razem. Jeżeli to jedno słowo to dla ciebie za mało, mogę dać je jeszcze raz. Tonks… chcę być z tobą i zrobię wszystko, by tak było. Kocham cię… nawet nie masz pojęcia, jak bardzo.
       Tonks ostatecznie uspokoiła się, gdy dzień przed pogrzebem dyrektora położył przed nią jakąś urzędową kartkę.
       - To jest zezwolenie na ślub – powiedział, wpatrując się w nią z uśmiechem. – Wybrałem pierwszy wolny termin… Dwunastego lipca.
       Tonks przysunęła sobie kartkę i spojrzała na nią. Widniały tam jakieś stemple, jakieś podpisy… Była też data: 12 lipca 1997 roku. Na samym dole widniały dwa puste miejsca.
       - Klamka jeszcze nie zapadła – powiedział Remus, jednak jednocześnie podsunął jej pióro. – Możesz podpisać, lub nie.
       Tonks bez namysłu sięgnęła po pióro i podpisała się z lewej strony.
       - Twoja kolej – powiedziała, podsuwając mu kartkę i pióro.
       Remus z uśmiechem wziął pióro i podpisał się z prawej strony. Potem uważnie przestudiował całą kartkę.
       - I… jeszcze tutaj… – zaczął, przysuwając dokument w jej stronę – musisz wpisać nazwisko, które będziesz nosiła jako… moja żona.
       Ostatnie dwa słowa wypowiedział tak, jakby starał się nie okazać ogarniającej go dumy.
       - Lupin – zdecydowała Tonks, biorąc pióro do rąk. – Nimfadora Lupin.
       Remus uśmiechnął się jeszcze szerzej, jakby też z lekkim wzruszeniem. Tonks również poczuła łzy pod powiekami. Nimfadora Lupin… to brzmiało dumnie. I pięknie.
       - Może być jeszcze Tonks-Lupin – zauważył Remus.
       - Nie – skwitowała Tonks, po czym zamaszyście wpisała na dokument nazwisko ukochanego. – Lupin i tylko Lupin.
       Remus spoglądał na nią czułym wzrokiem.
       - Już nie będziesz Tonks – zauważył nagle. 
       Tonks podniosła na niego wzrok.
       - A więc nie będę – zgodziła się. – Możesz mnie nazywać Nimfadorą dzień w dzień, do końca życia.
       Remus parsknął śmiechem.
       - Ty mnie chyba naprawdę kochasz… – stwierdził nagle. – To przecież twój największy odcisk.
       Tonks podniosła się z krzesła, podeszła do narzeczonego i usiadła mu na kolanach.
       - Bo kocham – zgodziła się, całując go w usta. 
       Remus uśmiechnął się i pogładził ukochaną po głowie, delikatnie wplatając ręce w jej włosy. 
       Włosy o barwie malinowej gumy do żucia.
       W dzień pogrzebu Dumbledore’a Tonks również postanowiła nadać włosom swój ulubiony kolor. Odkąd kilka dni wcześniej stwierdziła, że odzyskała swoje moce, nie mogła się tą barwą nacieszyć. Stojąc rano przed lustrem, rozczesała swoje krótkie włosy i ułożyła je w nieco bardziej elegancką fryzurę, niż zwykle. Tak, by wyglądać możliwie poważnie na pogrzebie, nawet pomimo tych różowych włosów, z których rezygnować nie chciała.
       Tak też przywitała Remusa, gdy pół godziny przed pogrzebem zjawił się w Trzech Miotłach.
       - Cześć, skarbie – powiedziała Tonks, łapiąc jego rękę i całując go delikatnie w usta.
       - Cześć – odwzajemnił się Remus.
       - To… chyba idziemy… – westchnęła Tonks, spoglądając na rozświetlone słońcem mury Hogwartu. Dumbledore miał zostać pochowany na terenie szkoły.
       - Tak… – zgodził się Remus. – Tylko… chciałem ci jeszcze coś dać.
       Sięgnął nagle do kieszeni i wyciągnął malutkie pudełko. Otworzył wieczko i Tonks zobaczyła w środku złoty pierścionek z małym, błyszczącym oczkiem.
       - Podoba ci się? – zapytał Remus z uśmiechem. – Może nie powinienem się chwalić… ale poprosiłem Ellie o radę. Nie chciałem, żeby pierścionek zaręczynowy był kiedyś naszym ulubionym żartem przy kawie.
       Tonks wpatrywała się w pierścionek zszokowanym wzrokiem.
       - Remusie… – szepnęła po dłuższej chwili. – Ale… ty masz na to pieniądze?…
       Remus znów się uśmiechnął.
       - No… musiałem oddać całą zaliczkę mojemu lokatorowi, kiedy go bezceremonialnie wyrzuciłem z mieszkania – zaczął – ale mam jeszcze trochę oszczędności z wynajmu za czas, kiedy byłem w podziemiu. 
       Tonks wpatrywała się w podarunek od narzeczonego, nic nie mówiąc. Pierścionek wyglądał na co najmniej dwukaratowy… I był taki piękny!
       - Przymierz – rzekł Remus, wyjmując pierścionek z pudełeczka. Chwycił dłoń narzeczonej i włożył podarunek na jej środkowy palec.
       Pierścionek pasował idealnie.
       - Remusie… – wyszeptała w końcu Tonks, oglądając błyszczące oczko. – Jest… jest… Dziękuję ci!
       Objęła z całej siły narzeczonego i pocałowała go mocno w usta.
       Gdyby tydzień temu o tej porze wiedziała, że tak niedługo Remus będzie jej wkładał na palec pierścionek zaręczynowy… Poczuła nagle łzy pod powiekami.
       - Nie płacz, Tonks – zaśmiał się Remus. – Już nigdy nie chcę widzieć twoich łez.
       Przytulił mocno swoją narzeczoną.
       - A teraz już chodźmy – powiedział po chwili. – Nie możemy się spóźnić na pogrzeb.
       Na zalanych słońcem błoniach hogwarckich znajdowały się rzędy krzeseł, częściowo już zajęte. Tonks i Remus usiedli obok Szalonookiego Moody’ego.
       - Cześć – odezwała się cicho Tonks.
       Szalonooki przez dłuższą chwilę nie odpowiadał, siedząc ze zwieszoną głową. Po chwili jednak podniósł na nią wzrok.
       - Ach… dzień dobry – mruknął niewyraźnie. Potem, dostrzegłszy Remusa, wymienił z nim uścisk dłoni. Po nim zrobił to siedzący nieco dalej Kingsley.
       - Jak stoi sprawa z Kwaterą? – zapytała Tonks.
       - W porządku – odparł lakonicznie Szalonooki.
       Nie powiedział już nic więcej. Tonks postanowiła nie zmuszać go więcej do rozmowy; wiedziała, że Dumbledore był dla Szalonookiego kimś bardzo bliskim. Szalonooki widział w nim opokę całego świata czarodziejskiego… i był z nim bardzo zaprzyjaźniony. Żal na jego pokiereszowanej twarzy wydawał się oczywisty. Zresztą, tak, jak na twarzy Remusa.
       Dzięki Dumbledore’owi Remus mógł uczęszczać do Hogwartu… Bez jego pomocy Remus byłby dzisiaj kimś zupełnie innym. O ile, oczywiście, wciąż by żył. A tak… zdobył wykształcenie… i właśnie zakładał rodzinę. Gdyby był jakimś ulicznym żebrakiem, albo, co gorsza, wilkołakiem na miarę Fenrira Greybacka, Tonks nigdy by nie zwróciła na niego uwagi. Nigdy nie poznałaby jego ciepła, jego czułego dotyku… Być może związałaby się z kimś pokroju Jeana Lavoie. A teraz… w ciągu kolejnych dwóch tygodni zostanie żoną najwspanialszego mężczyzny na całym świecie. Mężczyzny, do którego ktoś we właściwej chwili wyciągnął rękę i pomógł mu się wzbić na wyżyny. 
       Teraz ten ktoś nie żyje.
       Tonks myślała o tym, czując wypełniający ją gwałtownie żal. Nie chciała płakać, ale łzy same zaczęły napływać jej do oczu… Po chwili jedna z nich spłynęła po jej policzku.
       Remus, widząc to, złapał ją mocno za rękę. Tonks przeniosła wilgotne spojrzenie na jego dłoń, oddając uścisk. Między palcami narzeczonego dostrzegła niewyraźny błysk. To jej pierścionek zaręczynowy lśnił w letnim słońcu. Na jego widok poczuła się trochę lepiej. Już tak niedługo… ona i Remus będą małżeństwem. Wtedy już nic nie będzie ważniejsze od nich. Będą razem… aż do śmierci.
       Tonks nagle wzdrygnęła się, uświadomiwszy sobie, jak niewiele brakowało, by Remus nie siedział dziś obok niej. To on mógł leżeć na wysokim postumencie, na czarodziejskim cmentarzu w hrabstwie Norfolk, tuż obok skromnej mogiły jego rodziców… Ale jednak nie zginął. Był przy niej, trzymał ją za rękę… 
       Ale może się tak zdarzyć, że Remus umrze przed nią. Był od niej czternaście lat starszy. Jeśli… jeśli kiedyś czeka ją długie i samotne wdowieństwo… Jeśli jeszcze kiedykolwiek będzie zmuszona żyć bez ukochanego… Tonks ponownie się wzdrygnęła. Gdyby tylko mogła… umrzeć pierwsza. Albo, gdyby mogli umrzeć razem. Wtedy żadne z nich nie będzie cierpieć po śmierci drugiego. Ale… prawdopodobieństwo było niewielkie. Prawdopodobnie… jeśli przeżyją kolejne miesiące, czy może nawet lata walki z Voldemortem… to ona będzie musiała żyć dłużej.
       Jednak, powiedziała sobie po chwili, chyba nie warto o tym myśleć. Najważniejsze, że teraz są razem, że planują ślub… Nikt nie może przewidzieć, jak będzie kiedyś.
       Tymczasem większość miejsc została już zajęta i lada chwila miały wystąpić pierwsze osoby z przemówieniami. Jednak w pewnym momencie w powietrzu rozległa się jakaś dziwna, nieziemska muzyka. Tonks rozejrzała się gwałtownie i po chwili dostrzegła w srebrzystej tafli jeziora poruszające się leniwie sylwetki trytonów. To z ich gardeł wydobywała się ta dziwna muzyka; sprawiała ona, że Tonks dostawała gęsiej skórki, jednak nie można było powiedzieć, że była to muzyka niemiła dla ucha. Brzmiał w niej szczery żal po stracie bliskiej osoby.
       Po drugiej stronie, wśród gęstych drzew Zakazanego Lasu poruszały się jakieś dziwne cienie. Tonks stwierdziła po chwili, że były to centaury. Nawet one przyszły pożegnać Dumbledore’a. Nie przyglądała im się jednak długo, gdyż nagle poczuła, że Remus ściska jej rękę. Odwróciła głowę.
       Przejściem między rzędami krzeseł kroczył Hagrid. Łkał cicho, twarz mu błyszczała od łez, a w jego ramionach, owinięte fioletowym aksamitem iskrzącym się złotymi gwiazdami, spoczywało ciało Dumbledore’a. Tonks poczuła bolesny skurcz w gardle, przez chwilę dziwna muzyka trytonów i świadomość, że ciało Dumbledore’a jest tak blisko, zdawały się pochłaniać całe ciepło tego letniego dnia. Remus zbladł jak kreda i, jakby mimowolnie, odwrócił wzrok. Twarze siedzących obok nich osób również wyrażały ból.
       Nie widzieli dokładnie, co się dzieje na przedzie. Wyglądało na to, że Hagrid złożył ciało na marmurowym postumencie. Teraz powracał, wydmuchując sobie nos tak hałaśliwie, że niektóre osoby, w tym Dolores Umbridge, spojrzały na niego ze zgorszeniem. Tonks jednak uśmiechnęła się do gajowego, gdy ten przechodził obok jej miejsca, jednak Hagrid miał tak zapuchnięte oczy, że ledwo widział, dokąd idzie. Tonks zerknęła ukradkiem na tylny rząd, ku któremu Hagrid zmierzał, i zrozumiała, co go tam prowadzi — siedział tam, ubrany w kurtkę i spodnie, wszystko rozmiarów małej markizy, olbrzym Graup. Wiedziała, że jest to przyrodni brat Hagrida i że mieszka teraz nieopodal, w jaskiniach górskich; jego wielka, brzydka, przypominająca głaz głowa pochylona była potulnie w bardzo ludzkim geście. Hagrid usiadł obok niego, a Graup poklepał go mocno po głowie, tak że nogi krzesła zapadły się lekko w ziemię. Mogło to wyglądać śmiesznie, jednak Tonks poczuła szczypiące ją za gardło wzruszenie. Graup nie był człowiekiem, a mimo to potrafił zachowywać się jak człowiek. Jak małe dziecko, które jeszcze nie do końca rozumie, co się wokół niego dzieje, ale które czuje i jest zdolne do współczucia. Mrugając coraz szybciej, z powrotem odwróciła głowę.
       W pierwszym rzędzie podniósł się z miejsca niski mężczyzna w czarnej szacie, z kępką włosów na głowie, i stanął przed ciałem Dumbledore’a. Tonks nie mogła dosłyszeć, co on mówi. Ponad rzędami głów napływały do nich dziwne słowa. „Szlachetność ducha”… „wkład intelektualny”… „wielkość serca”… Oczywiście, wszystko to było szczerą prawdą, ale nie oddawało zasług Dumbledore’a nawet w połowie. Historia zapamięta go jako wielkiego maga, jako wynalazcę dwunastu sposobów wykorzystania smoczej krwi, jako tego, który pokonał Grindewalda, oraz jako kolejnego dyrektora Hogwartu. Może… gdzieś w przekazach ustnych… zachowa się część wspomnienia o jego ciepłym usposobieniu, o skłonności do poświęceń i wszystkich innych jego wspaniałych cechach. Ale to będą tylko wspomnienia… Samego Dumbledore’a już nie ma.
       Tonks nagle położyła głowę na ramieniu Remusa i rozszlochała się. Remus objął ją z całej siły; jego przyspieszony oddech pozwalał się domyślić, że on również płakał. Tonks przypomniała sobie tę chwilę w szpitalu, kiedy Ginny powiedziała im, że Dumbledore nie żyje. Remus zbladł przeraźliwie i krzyknął: „Nie!”. Potem usiadł na krześle i ukrył twarz w dłoniach.
       Remus był z pewnością jednym z najbardziej oddanych Dumbledore’owi ludzi. Wiele mu zawdzięczał i robił, co mógł, żeby być mu użytecznym. Dumbledore był dla niego jak… drugi ojciec. Jak osoba, która podarowała mu nowe, wspaniałe życie. 
    samotnym niż kiedykolwiek dotąd. 
       Mały człowieczek w czarnej szacie skończył wreszcie przemawiać i powrócił na swoje miejsce. A potem rozległy się krzyki przerażenia. Jasne, białe płomienie wybuchły wokół ciała Dumbledore’a i postumentu, na którym było złożone. Podnosiły się coraz wyżej i wyżej, aż przesłoniły ciało. Biały dym zaczął się wić w powietrzu, tworząc dziwne kształty; w Tonks zamarło na chwilę serce, bo wydało jej się, że ujrzała feniksa ulatującego radośnie w błękit nieba, ale zaraz potem płomienie zgasły. Zniknął marmurowy postument i spoczywające na nim ciało Dumbledore’a: zamiast nich wznosił się przed nimi biały marmurowy grobowiec. 
       Okrzyki przerażenia rozległy się znowu, gdy w powietrzu zaświstał deszcz strzał, ale żadna nie dosięgła tłumu. Tonks zrozumiała, że w ten sposób centaury oddały swój hołd zmarłemu: zobaczyła, jak się odwracają i chowają między drzewami. Trytony też opadły powoli w zieloną toń i zniknęły z oczu.
       Przez dłuższą chwilę nikt nie ruszał się z miejsca. Jednak w końcu pierwsze osoby podniosły się i zaczęły przeciskać się między długimi rzędami krzeseł. Tonks po chwili postanowiła pójść w ich ślady. Gdy tylko razem z Remusem wyszli na lśniącą w słońcu murawę, podeszli do nich Molly i Artur Weasley’owie. Za nimi szedł ostrożnie Bill, podtrzymywany przez Fleur, oraz Fred i George, obaj w kurtkach ze smoczej skóry.
       - Kochani moi! – zawołała na ich widok Molly. – Powiedzcie… to prawda, co słyszałam?
       Tonks i Remus spojrzeli na siebie z uśmiechami.
       - Właśnie, właśnie – odezwał się Fred, podchodząc do nich. – Wieść gminna niesie, że nasz najlepszy profesor obrony przed czarną magią chce się zaobrączkować.
       - To szczera prawda – uśmiechnęła się Tonks, po czym wyciągnęła przed siebie rękę, na której błysnęło kryształowe oczko pierścionka zaręczynowego.
       Bliźniacy gwizdnęli z uznaniem.
       - Moje gratulacje – ucieszyła się Molly, po czym uścisnęła najpierw Tonks, potem Remusa.
       - Dołączam się do gratulacji – rzekł Artur, ściskając ich ręce. – Wspaniała nowina, zaiste…
       - Ale trochę czasu wam to zajęło – uśmiechnął się niewyraźnie Bill, również ściskając ich ręce. – Nie wiem, czy dobrze pamiętam, ale już w październiku robiliście do siebie słodkie oczy.
       - Żeby to w październiku – roześmiała się Tonks. – Ale masz rację, mój narzeczony nie kwapił się zbytnio do ożenku.
       - No co ty, Remusie! – oburzył się Bill. – Taka fajna dziewczyna! Sam bym się w niej chętnie zakochał… gdyby nie mój Kwiatuszek.
       Przytulił pieszczotliwie Fleur.
       - A jak ty się czujesz, Bill? – zmienił temat Remus. – Czujesz w sobie jakieś… wilcze cechy?
       - Na szczęści, non – odezwała się Fleur. – Tylko oni teraz bardzo lubi krwiste mięso… Kiedy my się pobieramy, będę mu robić francuska kuchnia. We Francja lużo lepsi repas.
       - D’accord – zgodził się Remus. – Par exemple les grenouilles, les escargots
       - Remus mówi, że na przykład żaby i ślimaki – przetłumaczył szybko Bill swoim rodzicom.
       Tonks dostrzegła nagle idącego między rzędami krzeseł Neville’a, chłopca, który był z nią pod Wieżą Astronomiczną. Towarzyszyła mu złotowłosa Luna, przytrzymując go lekko tak, by się nie przewrócił.
       - Zaraz wrócę, skarbie – odezwała się do Remusa, po czym podbiegła szybko do chłopca.
       - Cześć, Neville – powiedziała, zatrzymując się przed nim.
       Neville spojrzał na nią dziwnym wzrokiem, jakby starał się przypomnieć sobie, skąd ją zna.
       - Ja się w zasadzie nawet nie przedstawiłam – powiedziała szybko Tonks. – Jestem Tonks… to jest, Nimfadora Tonks. Byliśmy razem na wieży, zanim przyszła odsiecz.
       Teraz z kolei na twarzy Neville’a pojawił się wyraz głębokiego zaskoczenia. No tak, mógł jej nie poznać, przecież wtedy, na wieży, wciąż miała mysie włosy. Jednak zanim zdążył odezwać się choćby jednym słowem, zrobiła to za niego Luna:
       - Ja chyba panią pamiętam. To w pani zakochał się profesor Lupin, prawda?
       Tonks poczuła, że uśmiecha się serdecznie.
       - Tak, zgadza się – odparła z dumą. – I… jeśli mogę się pochwalić… za dwa tygodnie bierzemy ślub.
       Luna wyglądała na zachwyconą. Neville uśmiechnął się serdecznie i powiedział:
       - Serdeczne gratulacje. Przepraszam, że pani nie poznałem. – Wyciągnął rękę w jej stronę, a Tonks ją uścisnęła. – Fajnie było razem walczyć z tymi maniakami.
       - Ja w zasadzie, chciałam ci bardzo podziękować, Neville – powiedziała Tonks. – I… chciałam cię też przeprosić. Tamtego dnia niejeden raz mogłeś przeze mnie stracić życie.
       - Ale ciągle żyję – uśmiechnął się Neville. – Pani Pomfrey mówi, że powinienem szybko wydobrzeć.
       - Cieszę się – odpowiedziała Tonks.
       Nagle poczuła, że ktoś stanął u jej boku. Nie musiała odwracać głowy, by poznać swojego narzeczonego.
       - Jak się trzymacie? – zapytał Remus. – Neville, mam nadzieję, że szybko wracasz do zdrowia.
       - Na szczęście, tak – odpowiedział Neville. A potem nagle wyciągnął rękę. – Słyszałem już o waszych zaręczynach. Gratuluję.
       Remus uścisnął rękę swojego byłego ucznia.
       - Dziękuję – uśmiechnął się serdecznie. – Niewiele brakowało, by do tych zaręczyn w ogóle nie doszło…
       - Przestał się pan opierać – zauważyła Luna. – I słusznie, bo wyraźnie czuję, że wisiołki wokół was są teraz szczęśliwe.
       Remus już otwierał usta, ale w końcu tylko się roześmiał.
       - Skoro tak twierdzisz… – zgodził się. – Obiecuję, że będę… dbał… o te stworzonka.
       - O wisiołki nie trzeba dbać – powiedziała Luna. – One same o siebie dbają. Potrzebują tylko miłości.
       - U nas będą mieli jej pod dostatkiem – obiecała Tonks, przytulając się mocno do Remusa.
       Chwilę później Neville i Luna ruszyli dalej wzdłuż krzeseł. Remus westchnął lekko.
       - Wisiołki… – mruknął z rozbawieniem.
       - Hej, spójrz, Remusie! – powiedziała nagle Tonks. – Tam są moi rodzice!
       Istotnie, przy końcu jednego z rzędów krzeseł stali państwo Tonks, rozmawiając z jakimiś swoimi znajomymi, zapewne jeszcze z czasów szkolnych.
       Remus nagle zrobił dziwnie markotną minę.
       - Wiedzą już? – zapytał cicho.
       - No… – zaczęła Tonks – jeszcze nie bardzo… Ale – dodała raźnym tonem – to doskonała okazja, by im o nas powiedzieć.
       Remus nie wyglądał na zachwyconego tą perspektywą.
       - Myślisz, że… nie będą mieli nic przeciwko temu, że ich córka… ich jedyna córka… wychodzi za wilkołaka?
       Tonks zawahała się przez chwilę.
       - Na pewno nie – odparła w końcu z przekonaniem. – To przecież moi rodzice!
       Po czym pewnym krokiem ruszyła w ich stronę, ciągnąc za sobą narzeczonego.
       Jeszcze tylko małe słówko od autorki…
       Nie wierzę, ale dotarłam szczęśliwie do końca tego opowiadania :) Dziękuję Wam bardzo za czas, który poświęcaliście temu opowiadaniu, za wszystkie komentarze, za wszystkie ciepłe słowa… Gdyby nie Wy, nigdy nie dokończyłabym tej historii, a więc zapewne bardzo długo nie podszkoliłabym mojego warsztatu pisarskiego. Blog ten dedykuję Wam wszystkim. Czujcie się jego częścią, jego rodzicami chrzestnymi.
       Jednak, jak mam nadzieję, nie jest to koniec mojej kariery pisarza fanfick. Jak zapewne wiecie, założyłam nowego bloga, na którym planuję opublikować poprawioną wersję „Nimfadory” – taką bardziej dojrzałą, lepiej przemyślaną i jeszcze bardziej zgodną z kanonem. Planuję również napisać parę innych opowiadań, także nie znikam z sieci :) Zapraszam serdecznie na: Życie Nimfadory Tonks.
       Na dzień dzisiejszy uprzedzam, że mogę przez jakiś czas nie dawać znaku życia. Zaczęłam właśnie studia i chciałabym się na nich skupić. Studiuję filologię polską, więc mam nadzieję, że uda mi się poszerzyć moją wiedzę o technicznej stronie pisarstwa :)
       Na razie pozostaję Wam szczerze oddana.
       Cesia


       Tonks jeszcze nigdy nie widziała tylu osób naraz w ciemnej kuchni Grimmauld Place 12.
       Zajęte były wszystkie miejsca przy stole. Cathy, Nat i Winnie płakały w ramiona swoich mężów, Hestia rozmawiała nerwowo z Dedalusem, Elfias siedział, podparłszy głowę pomarszczonymi rękami, a Diego wymieniał półgłosem uwagi z Kingsley’em. Robert opierał się o kredens, trzymany mocno za ramię przez swoją żonę. Tonks jeszcze nigdy nie widziała go tak bladego i poważnego. Nieopodal Sturgis Podmore i jego siostra rozmawiali z Różą West i towarzyszącymi jej trzema innymi osobami, których twarze ginęły w mroku. Niedaleko drzwi stali Ellie i Miles w towarzystwie Archiego Lettersa i Bastiana Coltrana.
       Na widok przybyłych Ellie i Miles pobledli jeszcze bardziej i rzucili się w ich kierunku.
       - Remusie… – szepnęła Ellie, a w jej wzroku błąkało się przerażenie. – Ty tam byłeś… powiedz, czy… to prawda, że Dumbledore…
       Remus pokiwał smutno głową. Ellie jęknęła i zakryła usta dłońmi, po chwili wybuchając płaczem.
       - No już, Lizzy… – wyszeptał z bólem Miles, tuląc do siebie żonę. – Wszystko będzie dobrze…
       - Słyszeliście, jak to się stało? – zapytała cicho Tonks.
       Miles pokiwał głową.
       - Snape – powiedział. – Nigdy bym nie uwierzył… Dumbledore tak mu ufał…
       Zawiesił głos, przez chwilę pochłonięty wyłącznie pocieszaniem łkającej Ellie. 
       - My też nie możemy w to uwierzyć – przyznał Remus z bólem. – Snape… Snape zawsze należał do najbardziej zaufanych ludzi Dumbledore’a. Nawet pomimo… pomimo jego przeszłości.
       - A Snape był… – zaczęła Tonks drżącym głosem – był… podwójnym agentem. Tak naprawdę… pracował dla Voldemorta.
       - Gdybym wiedział, jakie ma zamiary… – wyszeptał Remus – nigdy nie pozwoliłbym, by… dostał się do wieży. Przez cały czas… odkąd poznaliśmy prawdę… nie mogę sobie darować tego, że po prostu pozwoliłem mu przejść.
       - Przestań, Remusie – powiedziała twardo Tonks, łapiąc go za ramię. – Nie mogłeś tego przewidzieć. Wszyscy tam byliśmy… i nikt nie kiwnął palcem, by go powstrzymać. Przecież… skąd mogliśmy wiedzieć?…
       Miles wpatrywał się w nich z troską pomieszaną z bólem.
       - A wam – zapytał po chwili – nic się nie stało?
       - Nam nie – odpowiedział Remus – ale… Billa Weasley’a ugryzł Greyback.
       Miles zrobił się nagle jeszcze bledszy.
       - Ale… – zaczął słabym głosem. Popatrzył nagle na Remusa, jakby go dopiero teraz zobaczył. – Przecież… dzisiaj nie ma…
       - Nie, dzisiaj nie ma pełni – zgodził się Remus. – Ale Greyback to już nie jest zwykły człowiek-wilkołak, który jest groźny tylko raz w miesiącu… Gotów jest atakować poza pełnią, choć wtedy, oczywiście, jego ofiary się nie przemieniają. Ale… nie wiadomo, jak to się skończy dla Billa. To pierwszy taki przypadek, z którym się zetknąłem i nie mam pojęcia, jak Bill się zachowa, kiedy wydobrzeje…
       Nagle ponad ich głowami rozległ się głos Szalonookiego, który siedział przy stole:
       - Są już wszyscy? Możemy zaczynać?
       Szalonooki jeszcze nigdy – odkąd Tonks pamiętała – nie był taki blady i zdenerwowany. Po chwili wstał ze swojego miejsca i zaczął się nerwowo przechadzać po kuchni. 
       - W obliczu zaistniałej sytuacji – powiedział – uznałem, że musimy się tu zebrać… i… i po prostu razem pomyśleć. To jest… najstraszniejsza chwila, jaka kiedykolwiek miała miejsce w Zakonie Feniksa.
       - Jeśli mogę, Szalonooki – odezwał się nagle Robert. Tonks zadrżała, złysząc jego wesoły zwykle głos, w którym brzmiały chłód i powaga. – Przede wszystkim, powinniśmy uczcić pamięć Dumbledore’a minutą ciszy.
       Wszystkie osoby w kuchni wyraziły natychmiast swoją aprobatę.
       - Uczcijmy zatem – zgodził się Szalonooki.
       W kuchni Grimmauld Place zapanowała przejmująca cisza. Nawet kobiety przestały szlochać. Tonks zaciskała mocno rękę na ramieniu Remusa, starając się powstrzymać dziwne dławienie, które zaczęło ściskać jej gardło. Uświadamiała sobie coraz silniej, co właściwie się stało. Dumbledore nie żyje… Jeden z największych czarodziejów obecnych czasów został zabity przez osobę, której ufał. To wprost nie do wiary, że Dumbledore… ten wesoły, zwariowany staruszek… nie żyje. Że zgasły już jego wesołe ogniki w oczach… Że skończyło się jego dowcipkowanie… Tonks sama nie wiedziała, czy bardziej jest jej żal tej opoki całego świata czarodziejskiego, którą był Dumbledore, czy może jego samego… Z tym jego ekscentrycznym poczuciem humoru, z dziwnymi pomysłami… Czy może żal jest jej wszystkiego naraz.
       - Dziękuję wam – odezwał się Szalonooki po dłuższej chwili. – A teraz posłuchajcie mnie uważnie… To bardzo ważne, co chcę teraz powiedzieć. Dumbledore był założycielem Zakonu Feniksa i naszym Strażnikiem Tajemnicy. Ponieważ zginął… Zakon Feniksa praktycznie już nie istnieje. Jednak myślę, że bez względu na to, co się wydarzyło, Dumbledore oczekiwałby od nas, byśmy kontynuowali jego dzieło. Byśmy walczyli tak długo, aż pokonamy Lorda Voldemorta… lub zginiemy wszyscy, co do jednej osoby.
       - Potrzebujemy zatem nowego założyciela i Strażnika Tajemnicy – powiedział Robert. Tonks zadrżała, gdy usłyszała w jego wesołym zwykle głosie twardą, poważną nutę. – Myślę, Szalonooki, że bezdyskusyjnie zasługujesz na to, by nas dalej poprowadzić.
       Szalonooki spojrzał na niego, unosząc brwi.
       - Ja? – zapytał z nutką wątpliwości w głosie.
       - Tak – rzekł Robert. – Takiego właśnie przewodnika nam teraz trzeba.
       - Dumbledore na pewno by tego chciał – rzekł Remus.
       Ponieważ wszyscy wyrazili swoją aprobatę, Szalonooki zgodził się ponownie powołać Zakon Feniksa.
       - Powinniśmy jak najszybciej ustanowić nowego Strażnika Tajemnicy – powiedział. – Niestety, to trochę potrwa. Wszystkie nasze dokumenty są zabezpieczone przed niepowołanymi osobami, więc mogą tu pozostać, ale przez następne kilka dni nikt z was nie powinien tu przebywać. Remusie… będziesz miał gdzie mieszkać?
       - Nie bardzo, Alastorze – westchnął Remus. – Dzisiaj nie mogę już wrócić do Greenpines, bo wynająłem mój dom… Ten jeden raz myślę, że zostanę tutaj, a jutro coś sobie znajdę. Przecież to tylko kilka godzin…
       - Nie bądź śmieszny, Remusie – odezwała się twardo Ellie. – Zabieramy cię z Milesem do nas. Już dość mamy ofiar śmiertelnych jak na jedną noc.
       Remus spojrzał na kuzynkę z wdzięcznością.
       - No – ucieszył się Szalonooki. A potem dodał: – Musimy się jutro spotkać w celu ponownego założenia Zakonu Feniksa. Chcę was wszystkich widzieć w moim domu o dziesiątej rano. Dzisiaj… myślę, że każdy z nas potrzebuje chwili spokoju.
       Zamilkł i ponownie usiadł przy stole, podpierając głowę rękami. Po kilku chwilach wstał i bez słowa opuścił kuchnię.
       Reszta stopniowo poszła za jego przykładem. W ciągu kolejnych kilkunastu minut kuchnia opustoszała prawie zupełnie. 
       - Idź spakować najpotrzebniejsze rzeczy – zwróciła się Ellie do Remusa. Remus bez słowa ruszył po schodach do holu; za nim poszedł Miles.
       Ellie spojrzała na Tonks, która wciąż znajdowała się w kuchni.
       - Wszystko w porządku, Tonks? – zapytała troskliwie.
       Tonks spojrzała na przyjaciółkę zrozpaczonym wzrokiem.
       - Tak niewiele brakowało… – wyszeptała – a Remus… Remus… zostałby zabity! Ellie… ja widziałam, jak ten zielony promień leciał w jego kierunku… Już myślałam, że to koniec… Ach, gdyby ten Gibbon nie wbiegł akurat w tej chwili! Ellie… przecież to były ułamki sekund… rozumiesz?! Ułamki sekund!
       Zszokowana Ellie podeszła do przyjaciółki.
       - Remus o mało nie zginął? – zapytała cicho.
       Tonks pokiwała głową z bólem.
       - Na szczęście, w ostatniej chwili z wieży wyskoczył Gibbon… i to jego trafiło to zaklęcie. Ellie… nie wiem, czy powinno mi być go żal, ale… ale on tak jakby… uratował Remusowi życie.
       - Nie zamierzał tego zrobić – rzekła Ellie – ale niechcący to zrobił.
       - I sam zginął – podsumowała Tonks z westchnieniem. – Ellie… mam naprawdę mieszane uczucia. Wiem, ile złego robił… Ale… ale chyba jestem mu wdzięczna.
       Ellie westchnęła.
       - Czasem tak bywa… – zaczęła – że zawdzięczamy coś naszym wrogom. Nie musisz się tego wstydzić. Gibbon nie mógł zrobić nic lepszego w ostatniej chwili swojego życia – dodała z uśmiechem.
       Tonks również się uśmiechnęła. Jednak po chwili jęknęła boleśnie, przypomniawszy sobie coś innego.
       - Bill Weasley został ugryziony – szepnęła – a mimo to Fleur nadal go chce… A przecież nawet nie wie, jak Bill będzie się zachowywać, kiedy się obudzi!
       - Ale Bill nie będzie prawdziwym wilkołakiem? – zapytała Ellie, marszcząc brwi.
       Tonks pokręciła głową.
       - Tyle szczęścia dla niego… – wyszeptała. – Ale ma zupełnie zmasakrowaną twarz… Widziałam, jak ten Greyback się na niego rzucił… Och, Ellie! – Rozpłakała się. – Ten Greyback… to najwstrętniejszy potwór, jakiego w życiu widziałam! Nienawidzę go… Och, jak ja go nienawidzę!
       - Wierzę ci – szepnęła Ellie.
       Po chwili wrócił Remus w towarzystwie Milesa.
       - Możemy iść, Ellie – odezwał się.
       - Świetnie – ucieszyła się Ellie. – Chodźmy zatem…
       - Remusie… – odezwała się niepewnie Tonks. – Możemy… możemy jeszcze zamienić słówko?
       Remus spojrzał na nią, marszcząc brwi.
       - To naprawdę nie może poczekać do jutra? – zapytał z wyrzutem.
       Tonks już otwierała usta, jednak uprzedziła ją Ellie:
       - Remusie, to bardzo dobry pomysł, byś tu teraz porozmawiał z Tonks. Ja z Milesem zabierzemy twoje rzeczy do nas i przygotujemy ci łóżko. Kiedy skończycie rozmowę… po prostu do nas przyjdź.
       To mówiąc, minęła Tonks i weszła po schodach, znikając w drzwiach do holu. Po chwili za jej przykładem poszedł Miles.
       Remus i Tonks zostali sami.
       - Remusie… – zaczęła Tonks, podchodząc do ukochanego i łapiąc go za rękę. 
       Remus przymknął oczy.
       - Tonks… – wyszeptał. – Naprawdę… nie chcę dziś o tym mówić… Tyle dzisiaj spadło na nas wszystkich…
       - Tak, wiem – powiedziała Tonks. – To jest po prostu straszne… Dumbledore nie żyje…
       Remus zacisnął palce na jej dłoni.
       - Czekają nas ciężkie czasy – rzekł. – Nie wiem… czy powinniśmy iść przez nie razem. Wilkołaki… na pewno będą się na mnie mścić. Jeśli… będą próbowały dosięgnąć mnie przez ciebie…
       - Remusie, ja jestem aurorem – powiedziała twardo Tonks. – Będę potrafiła się bronić.
       - Nawet, jeśli zdołasz wybronić się przed wilkołakami – zaczął Remus cicho – i tak zostaniesz potępiona przez społeczeństwo.
       - A co jest dzisiaj warte społeczeństwo, Remusie? – zapytała Tonks z bólem. – Część to poplecznicy Voldemorta. Może… może niedługo opanują cały świat czarodziejów…
       - Tym bardziej niebezpiecznie będzie się ze mną wiązać – uciął twardo Remus. – Rodzina wilkołaka-zdrajcy… Będziesz jedną z pierwszych osób na ich liście ofiar.
       - I tak mam na pieńku ze śmierciożercami – powiedziała Tonks. – Bellatriks nie spocznie, póki mnie nie zabije… Przecież ty dobrze o tym wiesz.
       Remus przymknął oczy z bólem.
       - Wiem – wyszeptał.
       - Może właśnie w tych czasach powinniśmy być razem? – ciągnęła Tonks z rosnącą nadzieją. – Remusie… tylko będąc razem zdołamy jakoś to wszystko przetrwać.
       - Ale… – zaczął znów Remus – jeśli cię ukąszę…
       - Nie ukąsisz – zapewniła Tonks. – Ufam ci.
       Remus nagle odwrócił się od niej i ukrył twarz w dłoniach.
       - Remus?… – wyszeptała Tonks niepewnie, kładąc mu dłoń na ramieniu. – Powiedz, proszę… że będziemy razem…
       Remus przez dłuższą chwilę stał odwrócony, nic nie mówiąc.
       - Ja już nic nie rozumiem, Tonks – powiedział w pewnym momencie, ponownie się do niej odwracając. – Nic, kompletnie… to wszystko jest takie… pogmatwane…
       - Wiem – powiedziała Tonks nerwowo. – Ale… ale przecież oboje tego chcemy… być ze sobą…
       - Tak, wiem – wyszeptał z bólem Remus. – Chcę tego… piekielnie tego chcę! Nic innego… tylko być z tobą, móc cię pocałować… mieć cię zawsze blisko…
       - Więc bądźmy razem! – zawołała Tonks.
       Remus przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nią gorącym wzrokiem. Wydawać by się mogło, że za chwilę porwie ją w ramiona i pocałuje. Jednak on po chwili spuścił wzrok.
       - Nie… – wyszeptał. – Nie mogę. Tonks, skarbie… przepraszam cię…
       Tonks uparcie wpatrywała się w twarz ukochanego.
       - Remusie… – zaczęła drżącym głosem. – Ja wierzę… wierzę, że jeszcze zmienisz zdanie…
       - Nie zmienię – powiedział twardo Remus. – Nie jestem odpowiednim mężczyzną dla ciebie.
       Tonks ponownie chwyciła jego rękę.
       - Proszę, przemyśl to sobie na spokojnie… – wyszeptała. Jej głos drżał, jakby miała się za chwilę rozpłakać. – Prześpij się… ochłoń po dzisiejszych wydarzeniach… Porozmawiamy jutro.
       - Tu nie ma o czym rozmawiać – uciął twardo Remus.
       Oczy Tonks były pełne łez.
       - Kiedyś… na pewno jeszcze wrócimy do tej rozmowy… – wyszeptała. – Ja… ja tego tak nie zostawię… Remusie… ja nigdy nie przestałam cię kochać… ani odrobinkę. Pamiętaj… p-proszę…  
       Pocałowała go szybko w policzek i wybiegła nagle z kuchni Grimmauld Place.
       Remus został zupełnie sam. Podszedł na drżących nogach do stołu i opadł na najbliższe krzesło.
       To wszystko, co stało się dzisiaj… po prostu go przerastało. Dumbledore nie żyje… Snape zdrajcą… Bill pogryziony przez Greybacka… a on sam ledwie uszedł z życiem. Wydawało się, że to wszystko to tylko jakiś koszmarny sen… Że te chwile tu, na Grimmauld Place, kiedy trwało posiedzenie, a oni omawiali najzwyklejsze, codzienne sprawy, miały miejsce wiele, wiele tygodni temu. I jednocześnie niemożliwym wydawał mu się fakt, że Dumbledore, który zjawił się wtedy, będąc wciąż w pełni sił, teraz leży gdzieś zimny i martwy…
       Dumbledore nie żyje.
       To było nie do pomyślenia. 
       Remus przez dłuższą chwilę siedział przy stole, podpierając głowę dłońmi, a potem nagle przypomniał sobie, że musi iść do Allanów. Wstał i ruszył wolno do wyjścia.
       - No, jesteś, Remusie – ucieszyła się Ellie, gdy pojawił się w ich domu. – Chodź, zrobiłam kanapki i gorącą herbatę…
       - Nie jestem głodny – mruknął Remus.
       - Nie bądź śmieszny, stary – powiedział Miles, kładąc mu rękę na ramieniu i pchając lekko w stronę kuchni. – Musisz coś zjeść. Dużo dziś przeszedłeś.
       Remus, już nic nie mówiąc, powlókł się wolnym krokiem do kuchni, gdzie Ellie po chwili wlewała już do filiżanek brązowy płyn. Usiadł i sięgnął po najmniejszą kanapkę, jaka tylko znajdowała się na talerzu.
       - Pościeliłam ci w pokoju gościnnym – powiedziała Ellie. – Masz tam wszystkie swoje rzeczy.
       - Dziękuję ci, Ellie – powiedział Remus, uśmiechając się z wysiłkiem. 
       - Remusie, nie myśl już dzisiaj o… tym wszystkim – poprosiła Ellie, kładąc rękę na dłoni kuzyna. – Musisz odpocząć. Potem… możesz mieszkać u nas tak długo, jak będziesz potrzebował.
       - Nie będę wam długo siedział na głowie – obiecał Remus. – Jutro załatwię sprawę z moim lokatorem… Myślę, że w ciągu kilku dni powinienem wrócić do Greenpines. Teraz… kiedy to wszystko tak gwałtownie na nas spadło… nie mogę myśleć o żadnych wakacjach. Musimy być cały czas w pogotowiu.
       - Słusznie – mruknął Miles.
       A potem zapanowała pełna napięcia cisza. 
       - Co z Tonks? – zapytała nagle Ellie.
       Remus zmarszczył brwi.
       - Nic – odparł. – Na szczęście, nic jej się dzisiaj nie stało… Może spokojnie wrócić do Hogsmeade…
       - Wiesz, że nie o to pytam – powiedziała twardo Ellie. – Co jest między wami?
       Remus spojrzał na nią spode łba.
       - Nic nie jest między nami – odpowiedział stanowczo.
       - Nadal nie pozwalasz jej się do siebie zbliżyć? – zapytała z wyrzutem Ellie.
       - Ja nie mam prawa jej na to pozwolić – uciął Remus. – Tonks to wspaniała, dobra dziewczyna. Nie zasługuje na kogoś takiego, jak ja. Przecież… przecież ja jestem wilkołakiem!
       - Słyszałam – odezwała się znowu Ellie – że Bill Weasley również został ugryziony. A mimo to… jego narzeczona go nie porzuciła.
       - Ale to jest zupełnie inna sytuacja – upierał się Remus. – Bill nie stanie się prawdziwym wilkołakiem. Nigdy nie będzie dla Fleur niebezpieczny.
       - Posłuchaj, stary – odezwał się nagle Miles. – Teraz, kiedy Dumbledore zginął, naprawdę niczego nie można przewidzieć. Skąd wiesz, że facet, z którym związałaby się kiedyś Tonks, nie zostanie ugryziony? A jeśli będzie mniej odpowiedzialny od ciebie?
       Remus zamyślił się nad kanapką z szynką i pomidorem. Bezwiednie zaczął lepić kulki z upuszczonych okruchów chleba.
       - Prawdopodobieństwo jest niewielkie – mruknął w końcu.
       - Ale jednak jest – powiedział Miles. – No bo… skoro Greyback tak chętnie atakuje ludzi…
       - Greyback specjalizuje się w dzieciach – przypomniał twardo Remus.
       - Ale jest jeszcze mnóstwo innych wilkołaków – powiedział Miles. – Każdy z nich stanowi zagrożenie dla wszystkich ludzi.
       - Jeśli będę z Tonks – zaczął Remus drżącym głosem – wilkołaki… będą pewnie próbowały dosięgnąć ją przeze mnie… Tonks nigdy i nigdzie nie będzie bezpieczna…
       - Remusie – odezwała się Ellie. – Przede wszystkim, Tonks jest aurorem, więc w razie czego świetnie sobie da radę. Przecież wiesz, że nie z takich historii wychodziła już cało…
       Nagle Remus podniósł się ze swojego miejsca.
       - Przepraszam – odezwał się cicho – ale chciałbym już się położyć… Jestem okropnie zmęczony.
       Ellie wymieniła ponure spojrzenie z Milesem.
       - Wszystko masz w pokoju gościnnym – powiedziała. – Idź wziąć sobie prysznic, a potem się połóż. 
       Remus bez słowa opuścił kuchnię i kilkanaście minut później leżał już w ciepłej, świeżej pościeli w pokoju gościnnym. Leżał, ale wciąż wpatrywał się tępo w srebrny sierp księżyca za oknem.
       Leżał i myślał.
       Bill został ugryziony… Na szczęście, nie zostanie prawdziwym wilkołakiem. Ale… gdyby trwała pełnia… prawdopodobnie by został.
       Miałby takie same życie, jakie miał on, Remus.
       Bill… ten wesoły, zdrowy chłopak, powszechnie szanowany pracownik Banku Gringotta, dawny prefekt naczelny w Hogwarcie… Miałby stoczyć się na dno, przez jedno ugryzienie wściekłego pół-człowieka, pół-wilka.
       I nie był jedyną osobą, której zagrażało coś takiego.
       Remus wyobraził sobie nagle szeregi przystojnych mężczyzn i pięknych kobiet, wszystkich młodych, uśmiechniętych, planujących szczęśliwą przyszłość… którzy w ciągu następnych miesięcy i lat zostaną pogryzieni przez wilkołaki. Może… tak, jak insynuował Miles… wśród nich jest przyszły mąż Tonks…
       Albo… ona sama.
       Remus wzdrygnął się na samą myśl o tym. Oczywiście, to ostatnie grozi jej w przypadku, gdyby to on był jej mężem. Przecież bardzo łatwo mógłby się wymknąć spod kontroli, mógłby ją ugryźć…
       Ale – odezwał się nagle inny głos w głowie Remusa – on i Tonks już przecież kiedyś razem mieszkali… Te kilka miesięcy na Grimmauld Place. Remus kilkukrotnie odbył przemianę i nigdy nikomu nie zrobił krzywdy.
       Był jednak moment, kiedy jego bezmyślność o mało nie skończyła się dla Tonks tragicznie. I nie tylko dla Tonks… dla wszystkich, którzy prawie dwa lata temu znaleźli się w Pokoju Raportów, szukając informacji o śmierciożercy Notcie. Wtedy… po prostu zapomniał o przemianie. Tak… po prostu. Tonks była w szoku, chciała do niego podbiec i mu jakoś pomóc… Gdyby nie Syriusz, dziś pewnie już byliby razem… Jako para odtrąconych przez społeczeństwo wilkołaków.
       Jednak Tonks jest mimo wszystko aurorem. Remus sam miał możliwość obserwować to, co ta młoda, nieporadna dziewczyna potrafi. W walce korzysta nie tylko z mnóstwa użytecznych zaklęć, ale jest też wyjątkowo zwinna, szybka i bardzo trudno ją zaskoczyć. Dziś, podczas walki, sama jedna powstrzymywała tego szalonego blondyna, który bez jej interwencji zapewne siałby zniszczenie… Ile razy udało jej się go zablokować, kiedy chciał wycelować w kogoś zaklęciem uśmiercającym? 
       Dumbledore nie żyje… Czekają ich zatem ciężkie czasy. Wilkołaki nie będą czekać na okazję, będą kąsały na prawo i lewo. Tonks jest przecież rodziną Bellatriks Lestrange… na pewno będzie ściągała na siebie zemstę wszystkich popleczników Voldemorta… również wilkołaków.
       Gdyby… gdyby byli razem… On, Remus, przecież doskonale zna taktyki i wszelkie obyczaje wilkołaków. Był w podziemiu dostatecznie długo, by wiedzieć, jak można uciekać, gdzie się schować, gdyby wilkołaki przysięgły zemstę… Czy zatem… związek z Tonks mógłby być nie tylko znacznie bardziej bezpieczny, niż się Remusowi wydawało, a wręcz… wskazany dla jeszcze większego bezpieczeństwa Tonks?
    Remus wstał gwałtownie z łóżka i zaczął się nerwowo przechadzać po pokoju.
       To była jakaś totalna bzdura. Ale… ale może było w tym trochę racji?… Może… może ich związek NAPRAWDĘ może mieć przyszłość?… Przecież Tonks będzie potrafiła postąpić z nim jak należy, jeśli przypadkiem wymknie jej się spod kontroli… Jeżeli… jeżeli da mu słowo, że gdyby coś… nie zawaha się go zaatakować… No i jeżeli będą dostatecznie ostrożni… Będzie przecież można wyposażyć lepiej piwnicę na Amber Street… wymienić drzwi, dodać zaklęcia… a nawet stosować częściową narkozę… tak, jak sugerowała Hermiona. Nie będzie to aż tak skuteczny sposób, jak wywar tojadowy, ale to zawsze będzie coś… 
    Ale… ale co będzie, jeśli wojna skończy się dostatecznie wcześnie, by Tonks mogła sobie ułożyć życie z kimś innym?… Czy wtedy… ten związek nie stanie się dla Tonks ciężarem?… Być może. Ale… Tonks go kochała. Jeśli kochała go choć w połowie tak, jak on ją… czy naprawdę nie będzie nigdy żadnego sposobu, by wkupić się w łaskę społeczeństwa? Mieli przecież przyjaciół… Zresztą, zanim ta wojna dobiegnie końca, jeszcze wiele rzeczy się wydarzy. Czy zatem… warto…
       Remus przemierzał sypialnię w tę i z powrotem w zawrotnym tempie. Miał mętlik w głowie, nie wiedział, co ma ze sobą zrobić.
    Więc… on, Remus Lupin… ma możliwość być szczęśliwym u boku ukochanej kobiety? Czy to jest w ogóle… realne? Nie… to jakiś absurd. Ale… Tonks twierdzi, że go kocha… on z całego serca kocha ją… gdyby mógł… gdyby tylko mógł być z nią…
       Na zegarze w holu wybiła trzecia w nocy. Remus w ogóle nie zwrócił uwagi na trzy stłumione wybicia, przemierzając swoją trasę i myśląc gorączkowo. Przerwał swój trucht dopiero w chwili, gdy drzwi otworzyły się i stanęła w nich Ellie. Miała na sobie długą, niebieską koszulę nocną.
       - Remus?… – zapytała na pół ze zmęczeniem, na pół z niepokojem. – Co ty wyprawiasz?
       Remus spojrzał gwałtownie na kuzynkę.
       - Ellie… – odezwał się nerwowym głosem. – Ja… ja muszę gdzieś iść.
       Ellie spojrzała na niego zdziwionym wzrokiem.
       - Ale… teraz? – upewniła się.
       - Tak, teraz – powiedział twardo Remus. – Otworzyłabyś mi drzwi?… Ja… tylko się ubiorę i za minutę przyjdę.
       Ellie zmierzyła kuzyna jeszcze jednym zdziwionym spojrzeniem, ale po chwili zamknęła drzwi. Remus szybko wskoczył w swoją spraną szatę, zawiązał buty i wyszedł do holu.
       - Kiedy wrócisz? – zapytała Ellie, czekając na niego w holu.
       - Nie wiem – odparł nieuważnie Remus. – Nie czekaj na mnie, tylko wracaj do łóżka.
       Spojrzał na kuzynkę, której niesforne, ciemne loki tworzyły teraz zaplątaną aureolę wokół jej zaspanej twarzy. Ellie była dla niego… jak siostra. W ciągu ostatniego roku tak bardzo zbliżyli się do siebie. Gdyby jej się coś stało… Gdyby… ta wojna miała mu ją zabrać… Nie zniósłby tego.
       Nagle przytulił ją mocno do siebie.
       - Kocham cię, Ellie – wyszeptał, całując ją w czoło.
       Ellie odsunęła się od niego gwałtownie.
       - Co ty chcesz zrobić?! – przeraziła się.
       Remus poczuł, że na jego twarz wpływa lekki uśmiech.
       - Nic takiego, Ellie – odpowiedział. – Po prostu… czuję, że chyba będzie dobrze… Naprawdę… chyba jestem… szczęśliwy.
       Ellie nadal wpatrywała się w niego uważnym wzrokiem.
       - Wracaj szybko – poleciła. – Nie zasnę spokojnie, póki nie znajdziesz się z powrotem w łóżku.
       Remus obiecał, że postara się szybko wrócić, po czym wybiegł na dwór i zdeportował się z głośnym trzaskiem. Pojawił się chwilę później przed pubem Trzy Miotły, gdzie też załomotał donośnie.
       - Kto tam? – rozległ się prawie natychmiast doniosły, męski głos.
       - Remus John Lupin! – zawołał Remus. – Muszę zobaczyć się z Tonks!
       Przez dłuższą chwilę drzwi nie otwierały się, ale Remus dosłyszał za nimi jakąś niewyraźną rozmowę. Po chwili jednak wpuszczono go do środka.
       - Proszę – powiedział wysoki, barczysty mężczyzna o krótkich, siwiejących włosach. Był to zapewne Proudfoot.
       Remus wszedł do środka i zobaczył, że przy jednym ze stołów siedzą dwie osoby: niski, ciemnooki jegomość około pięćdziesiątki, oraz jasnowłosy, wysoki mężczyzna o ostrych brwiach i przenikliwym spojrzeniu. Przy jednym z krzeseł stała Tonks, wpatrując się w niego z pobladłą twarzą.
       - Rosmerta jest na przesłuchaniu – wyjaśnił cicho Proudfoot, zamykając drzwi. – Czekamy na jakieś informacje.
       Remus nie zwrócił na niego uwagi. Podszedł wolno do Tonks.
       - Tonks… – wyszeptał.
       Tonks nagle zamrugała.
       - Może… – zaczęła – może chodźmy gdzieś… na zaplecze…
       Złapała go za rękę i pociągnęła w stronę baru. Tam przeszli przez drzwi prowadzące do małego pomieszczenia, w którym znajdowały się dodatkowe beczki z napojami i wszystkie inne zapasy madame Rosmerty.
       - No więc… Tonks… – zaczął Remus, wpatrując się w Tonks i nie mogąc znaleźć właściwych słów. Widział w niewyraźnym świetle małej lampki jej podkrążone, czarne oczy, wpatrujące się w niego nieruchomo. Widział te oczy… i czuł rozchodzące się po całym ciele cudowne ciepło. Tonks była tu… była tak blisko… Remus drżał, patrząc w jej piękne, czarne oczy. Wiedział, że ona również go kocha… że chce tego samego, co on… Wiedział, że z tą dziewczyną może mieć wszystko, czego tylko zapragnie… że wystarczy jedno jego słowo.
       - Tak… Remusie? – zapytała niewyraźnie Tonks.
       Remus wiedział, że powinien coś powiedzieć. Że musi jej wyjawić swoją decyzję… wyjaśnić wszystko, opowiedzieć, co przeżył w ciągu ostatnich kilku godzin… Ale za każdym razem, gdy otwierał usta, głos odmawiał mu posłuszeństwa. Nie chciał nic mówić… chciał ująć tę kochaną twarz w swoje dłonie… chciał ucałować te oczy, te policzki… te usta… Chciał wziąć Tonks w ramiona i już nigdy jej nie wypuścić… Żeby ta piękna istota… ten promyk… to uosobienie wszystkich jego marzeń… już nigdy nie znikała z jego życia!
       - Tonks… – wyszeptał. Wypowiadając te słowo, czuł się prawie tak, jakby miał w ustach miód.
       Nie mógł już dłużej czekać. Schwycił twarz Tonks w swoje dłonie i przycisnął kurczowo wargi do jej ust. Tonks w jednej chwili złapała go za szyję i oddała pocałunek. Brzydkie, stare pomieszczenie pełne słoików i beczek nagle rozpłynęło się w powietrzu, zostali tylko oni – Remus i Tonks, Tonks i Remus… Jedno ciało, jeden płomień, jedna dusza… Jedno istnienie, które już nigdy nie miało zostać rozdzielone na dwoje.
       Remus po dłuższej chwili oderwał się od Tonks. Ujrzał w niewyraźnym świetle ogarka jej gorący wzrok, jej wypieki na policzkach i lekko rozchylone usta.
       - Remus… – wyjąkała z trudem.
       Remus nagle upadł na kolana.
       - Wyjdziesz za mnie? – usłyszał swój ściśnięty głos.
       - Tak… – wyszeptała Tonks, ledwie dotarł do niej sens tych słów. – O matko… tak! Tak!
       Ona również upadła na kolana i objęła Remusa za szyję.
       - Tak… – powtarzała bez opamiętania, całując go znowu w usta. – Remusie… najdroższy… Tak!
       Remus odkrył nagle, że dygoce na całym ciele. Powoli zdawał sobie sprawę, co się właściwie stało. Zaproponował Tonks małżeństwo… a ona się zgodziła. Byli już zatem zaręczeni… On, Remus Lupin, wilkołak i stary kawaler… był zaręczony! Już niedługo… będzie miał żonę… i tą żoną… będzie Tonks! Jego najdroższa Tonks będzie należała już tylko do niego!
       Po dłuższej chwili Remus i Tonks podnieśli się z klęczek i spojrzeli na siebie pałającym wzrokiem szczęśliwych zakochanych.
       - Ale… Remusie… – odezwała się nagle Tonks dygocącym głosem. – Ty… mówisz serio?… Nie zmienisz zdania z samego rana?…
       Remus uśmiechnął się i przytulił ją z całej siły.
       - Nie zmienię, skarbie – szepnął. – Już dość tego błędnego koła. Właśnie zdałem sobie sprawę, że nastały takie czasy… kiedy nie powinniśmy być sami. Tonks… – odsunął ją i spojrzał jej głęboko w oczy – obiecuję ci, że będę cię chronił… przed wilkołakami… i przed wszystkim, co może ci choćby strącić włos z głowy… choćbym miał to przypłacić życiem. Będę z tobą… i przyrzekam ci, że nigdy, przenigdy nie będziesz tego żałować.
       Po twarzy Tonks zaczęły spływać łzy. Remus również poczuł wilgoć pod powiekami, która po chwili wypłynęła na jego policzki w postaci dużych, słonych kropli. Śmiejąc się i płacząc jednocześnie, narzeczeni znów padli sobie w ramiona.
       - Kiedy się pobierzemy? – zapytała Tonks po chwili.
       - Kiedy tylko będziesz chciała – odpowiedział Remus, gładząc ją po mysich włosach. 
       - Jak najszybciej – zdecydowała Tonks. – Nie chcę żadnego wystawnego przyjęcia, żadnych podróży poślubnych i innych bzdur… Chcę tylko ciebie. Żebyś jak najszybciej był mój.
       - I będę – obiecał Remus. – Już na zawsze.
       Bill i Neville zostali przeniesieni do skrzydła szpitalnego i oddani w ręce pani Pomfrey. Ta szybko poddała twarz Billa dezynfekcji, po czym opatrzyła rany Neville’a i wlała mu do ust kilka eliksirów.
       - Wyjdzie z tego? – zapytała Luna, koleżanka Ginny, która im towarzyszyła.
       - Wyjdzie – stwierdziła pani Pomfrey. – Teraz niech się prześpi.
       Po czym podeszła do łóżka Billa i zaczęła szeptać nad nim jakieś słowa, przesuwając koniec różdżki po jego twarzy.
       Ron wpatrywał się z bólem w twarz starszego brata. Tonks również patrzyła na swojego kolegę, nie mogąc uwierzyć, że to ten sam Bill, który jeszcze kilka godzin temu żartował z nimi na Grimmauld Place.
       - Pani Pomfrey… – odezwał się nagle Ron.
       Pani Pomfrey uprzedziła jego pytanie:
       - Przeżyje.
       Nie powiedziała jednak nic więcej.
       Remus przez chwilę stał ze spuszczoną głową, jakby myślał o czymś intensywnie. Po chwili odezwał się do Tonks, nie patrząc na nią:
       - Dlaczego się wystawiłaś tym śmierciożercom?
       Jego głos był chłodny; w ciągu ułamka sekundy zabrzmiała w nim jednak nuta bólu.
       - Nie miałam wyjścia – odparła Tonks. – Musiałam ich zatrzymać.
       - To cud, że żyjesz… – wyszeptał Remus. Tym razem w jego głosie zabrzmiało wyraźne drżenie. – Gdybyśmy nie przybyli tak szybko, w najlepszym przypadku wyglądałabyś teraz jak Bill…
       - Ty też o mało co nie zginąłeś – rzekła cicho Tonks, prawie dławiąc się tymi strasznymi słowami. – Gdy zobaczyłam, że to Avada Kedavra w ciebie leci…
       Złapała go z całej siły za dłoń i wcisnęła głowę w jego ramię. Remus odpowiedział jej mocnym uściskiem dłoni.
       - To już nieważne – szepnął. – Boję się tylko, co powie Dumbledore, kiedy usłyszy o tej walce…
       - Na pewno będzie wiedział, że zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy – zapewniła Tonks, jeszcze mocniej wciskając głowę w jego ramię. Jednak Remus w pewnej chwili odsunął się od niej.
       Nagle drzwi skrzydła szpitalnego skrzypnęły i do środka weszła Ginny, prowadząc Harry’ego. Chłopak był blady, przemoczony i, tak, jak oni, pokryty gruzem pochodzącym z korytarza na siódmym piętrze. 
       Tonks poczuła, że Remus rusza szybko w stronę przybyłych; uprzedziła go jednak Hermiona, która rzuciła się Harry’emu na szyję.
       - Nic ci nie jest, Harry? – zapytał Remus.
       - Ze mną wszystko w porządku… – zapewnił Harry – ale co z Billem?
       Podszedł wolno do łóżka, na którym leżał najstarszy syn Molly i Artura. Przez chwilę wpatrywał się rozszerzonymi źrenicami w jego zmasakrowaną twarz, zanim zapytał cicho: 
       - Nie można użyć różdżki? 
       - Na to nie podziała żadne zaklęcie – odpowiedziała pani Pomfrey. – Próbowałam wszystkiego, ale na ukąszenia wilkołaka nie ma sposobu. 
       - Ale on nie został ukąszony podczas pełni księżyca – zauważył Ron, który wpatrywał się w twarz brata, jakby mógł wyleczyć jego rany samym spojrzeniem. – Greyback się nie przemienił, więc Bill nie stanie się… prawdziwym… 
       Spojrzał niepewnie na Remusa. 
       - Nie, nie sądzę, by Bill stał się prawdziwym wilkołakiem – rzekł Remus – ale to nie znaczy, że nie dojdzie do jakiegoś skażenia. To są przeklęte rany. Nigdy się ich do końca nie wyleczy i… i Bill może mieć odtąd pewne wilcze cechy. 
       - Ale Dumbledore może znać na to jakiś sposób – powiedział Ron. – Gdzie on jest? Bill walczył z tymi maniakami na jego rozkaz, Dumbledore jest mu coś winien, nie może go zostawić w takim stanie… 
       - Ron… – odezwała się nagle Ginny. Głos miała niski i drżący. – Dumbledore nie żyje.
       Gwałtowny okrzyk nie wydarł się z gardła Tonks, uprzedzony przez Remusa:
       - Nie!
       Remus spojrzał dzikim wzrokiem najpierw na Ginny, potem na Harry’ego, jakby miał nadzieję, że ten zaprzeczy. Tonks również wpatrzyła się w tego ostatniego, czekając na to, co powie. To przecież niemożliwe… Dumbledore?… Tylko nie Dumbledore!  
       Harry jednak milczał, spuszczając wzrok, w którym błąkał się tępy ból. 
       Nie musiał nic mówić.
       Remus nagle osunął się na krzesło stojące obok łóżka Billa i zakrył twarz dłońmi. Tonks zacisnęła rękę na jego przedramieniu – nie wiedząc nawet, czy robi to w geście wsparcia, czy może raczej tego wsparcia szukając – po czym zapytała ściśniętym głosem:
       - Jak umarł? Jak do tego doszło?
       - Zabił go Snape – powiedział Harry. 
       Tonks poczuła, że Remus drgnął gwałtownie. Snape… to nie do wiary… Czego jeszcze dowiedzą się tej nocy?
       - Byłem przy tym – ciągnął Harry – widziałem to. Wróciliśmy i wylądowaliśmy na szczycie Wieży Astronomicznej, bo nad nią był Mroczny Znak… Dumbledore był chory, osłabiony, ale myślę, że zdał sobie sprawę, że to pułapka, kiedy usłyszał tupot kroków na schodach. Unieruchomił mnie, nie mogłem nic zrobić, byłem pod peleryną-niewidką… A potem przyszedł Malfoy i rozbroił go… 
       Hermiona zakryła sobie usta dłonią, Ron jęknął, a Lunie zadrżały usta. Tonks zacisnęła jeszcze mocniej swoją dłoń na ramieniu ukochanego.
       - …pojawili się śmierciożercy… – ciągnął Harry – a potem Snape… i Snape to zrobił. Avada kedavra. 
       Pani Pomfrey wybuchnęła płaczem. Nikt nie zwrócił na nią uwagi, prócz Ginny, która szepnęła: 
       - Ciiicho! Słuchajcie! 
       Pani Pomfrey przycisnęła sobie palce do ust, przełykając łzy, z szeroko otwartymi oczami. Gdzieś w ciemności rozległ się przedziwny śpiew feniksa – lament pełen bólu i jakiegoś tragicznego piękna. Tonks poczuła się nagle, jakby ten śpiew był nie gdzieś na zewnątrz, ale w niej: jakby jej własny żal, przemieniony magią w pieśń, rozbrzmiewał po błoniach i wpadał przez okna do zamku. 
       Poczuła nagle, że siada na krześle obok Remusa. Wciąż ściskała mocno jego ramię. Remus powoli przeniósł na nią spojrzenie i przez chwilę wpatrywali się w swoje twarze, słuchając rozbrzmiewającej wszędzie pieśni feniksa Dumbledore’a. Tonks widziała na twarzy ukochanego ból i strach; sama czuła dokładnie to samo. Potem Remus opuścił wzrok, ale nagle wyciągnął rękę i położył ją na dłoni Tonks. Tonks miała ochotę położyć głowę na ramieniu ukochanego. W tak strasznej chwili… gdy zginął człowiek, który był opoką całego świata czarodziejskiego… chciała poczuć jego ciepły uścisk. Chciała raz jeszcze poczuć się bezpieczna.
       Nie wiedziała, jak długo to wszystko trwało; wydawało jej się, że dopiero po długim czasie drzwi sali szpitalnej znowu się otworzyły i weszła profesor McGonagall. 
       - Molly i Artur zaraz tu będą – powiedziała i nagle prysnął czar owej przedziwnej muzyki: wszyscy otrząsnęli się, jakby z transu, i znowu zwracali wzrok na Billa albo przecierali oczy i kręcili głowami. 
       - Harry, co się stało? – zapytała McGonagall, zbliżając się wolno do nich. – Hagrid mówi, że byłeś z profesorem Dumbledore’em, kiedy… kiedy to się stało. Mówi, że profesor Snape… 
       - Snape zabił Dumbledore’a – przerwał jej Harry. 
       Przez chwilę wpatrywała się w niego rozszerzonymi oczami, a potem zachwiała się niebezpiecznie. Pani Pomfrey, która już wzięła się w garść, podbiegła i wyczarowała krzesło, które jej podsunęła. 
       - Snape – powtórzyła cicho McGonagall, opadając na krzesło. – Wszyscy się zastanawialiśmy… ale on tak mu ufał… zawsze… Snape… nie mogę w to uwierzyć… 
       - Snape znał się na oklumencji jak nikt – odezwał się Remus nienaturalnie ochrypłym głosem. Gdy tylko McGonagall weszła do szpitala, puścił gwałtownie rękę Tonks. – Zawsze o tym wiedzieliśmy. 
       - Ale Dumbledore przysięgał, że on jest po naszej stronie! – wyszeptała Tonks. – Zawsze uważałam, że wie o nim coś, czego my nie wiemy. 
       - Wciąż napomykał, że ma niezbity dowód na to, że może ufać Snape’owi – mruknęła profesor McGonagall, osuszając kąciki załzawionych oczu kraciastą chustką. – To znaczy… znając historię Snape’a… ludzie musieli się zastanawiać… ale Dumbledore powiedział mi wyraźnie, że skrucha Snape’a jest absolutnie autentyczna… nie można było przy nim powiedzieć o Snapie ani jednego złego słowa! 
       - Bardzo bym chciała wiedzieć, w jaki sposób Snape przekonał go o swoim nawróceniu – powiedziała Tonks. 
       - Ja wiem – odezwał się Harry i wszyscy na niego spojrzeli. – Snape przekazał Voldemortowi informację, która pozwoliła mu dopaść moich rodziców. A potem Snape powiedział Dumbledore’owi, że nie zdawał sobie sprawy z tego, co zrobił, że naprawdę tego żałuje, i tak mu żal, że zginęli. 
       - I Dumbledore w to uwierzył? – zapytał z powątpiewaniem Remus. – Dumbledore uwierzył, że Snape żałuje śmierci Jamesa? Przecież Snape NIENAWIDZIŁ Jamesa… 
       - I uważał, że moja matka nie jest warta złamanego knuta – powiedział Harry buntowniczo – bo pochodzi z mugolskiej rodziny… Nazwał ją szlamą… 
       Po jego słowach zapanowała chwila napiętego milczenia. Wszyscy byli w strasznym szoku, starając się przetrawić potworną prawdę o tym, co się wydarzyło. 
       - To wszystko moja wina – oświadczyła nagle profesor McGonagall z trochę nieprzytomnym spojrzeniem, ściskając nerwowo mokrą chusteczkę. – Moja wina. To ja wysłałam Filiusa po Snape’a, ja go ściągnęłam, żeby nam pomógł! Gdybym nie ostrzegła Snape’a, gdyby się nie dowiedział, co się dzieje, może by nigdy nie przyłączył się do śmierciożerców. Nie sądzę, by wiedział, że tutaj są, zanim mu tego nie powiedział Filius, nie sądzę, by wiedział, że nas zaatakują.  
       - To nie twoja wina, Minerwo – stwierdził stanowczo Remus. – Wszyscy szukaliśmy wsparcia, wszyscy cieszyliśmy się, że Snape będzie z nami… 
       - Więc kiedy się pojawił na polu walki, przyłączył się do śmierciożerców? – zapytał Harry. 
       - Nie wiem dokładnie, jak to się stało – powiedziała ze smutkiem profesor McGonagall. – Wszystko jest takie niejasne… Dumbledore powiedział nam, że opuszcza szkołę na kilka godzin i że musimy patrolować korytarze na wszelki wypadek… Mieli się do nas przyłączyć Remus, Bill i Nimfadora… No więc trzymaliśmy straż na korytarzach. Wydawało się, że wszędzie jest spokój. Pilnowaliśmy każdego tajnego przejścia. Wiedzieliśmy, że nikt nie może się tu wśliznąć. Każde wejście do zamku było chronione potężnymi zaklęciami. Do tej pory nie wiem, jak się udało wedrzeć tu śmierciożercom… 
       - Ja wiem – odezwał się Harry. – Malfoy przez cały rok naprawiał magiczną szafkę, która jest tu, w Hogwarcie. Druga znajduje się na Nokturnie, w sklepie Burgina i Burkesa… między nimi jest przejście. Weszli tu przez Pokój Życzeń. 
       Tonks słuchała tego, czując coraz większy chaos w głowie. To wszystko brzmi po prostu absurdalnie… Dumbledore nie żyje… a śmierciożercy dostali się do szkoły, chociaż oni pilnowali każdego tajnego przejścia…    
       - Nawaliłem, Harry – wybąkał Ron. – Zrobiliśmy tak, jak nam powiedziałeś, sprawdziliśmy, że na Mapie Huncwotów nie ma Malfoya, więc pomyśleliśmy, że musi być w Pokoju Życzeń. Ja, Ginny i Neville poszliśmy, żeby stać tam na straży… ale Malfoyowi udało się stamtąd wyjść. 
       - Wyszedł z Pokoju Życzeń po jakiejś godzinie od chwili, gdy stanęliśmy na straży u drzwi – powiedziała Ginny. – Był sam, trzymał tę okropną uschniętą rękę… 
       - Rękę Glorii – wtrącił Ron. – Daje światło tylko temu, kto ją trzyma, pamiętasz? 
       - W każdym razie – ciągnęła Ginny – on chyba sprawdzał, czy śmierciożercy mogą swobodnie wyjść, bo jak nas zobaczył, rzucił coś w powietrze i nagle zrobiło się strasznie ciemno… 
       - Peruwiański Proszek Natychmiastowej Ciemności – wtrącił z goryczą Ron. – Od Freda i George’a. Będę musiał pogadać z nimi o tym, komu sprzedają swoje produkty. 
       - Próbowaliśmy wszystkiego… Lumos, Incendio… – ciągnęła Ginny. – Nic nie chciało rozjaśnić tej ciemności, więc co mieliśmy robić? Po omacku opuściliśmy ten korytarz, ale słyszeliśmy, jak obok nas przebiegają jacyś ludzie. Malfoy miał tę rękę, więc ich prowadził, a my, w tej ciemności, baliśmy się użyć zaklęć, żeby nie trafić w siebie nawzajem, a jak doszliśmy do jakiegoś korytarza, gdzie było jasno, ich już nie było. 
       - Na szczęście – odezwał się Remus – Ron, Ginny i Neville natknęli się tam na nas i powiedzieli nam, co się stało. Po paru minutach odnaleźliśmy śmierciożerców, którzy zmierzali w kierunku Wieży Astronomicznej. Malfoy najwyraźniej nie spodziewał się, że na straży będzie więcej osób, w każdym razie zapas Proszku Ciemności chyba mu się skończył. Rozgorzała walka, oni się rozproszyli, zaczęliśmy ich ścigać. Jednemu z nich, Gibbonowi, udało się dopaść spiralnych schodów na wieżę… 
       - I wyczarować Mroczny Znak? – zapytał Harry. 
       - Tak, musiał to zrobić, pewnie to ustalili, zanim opuścili Pokój Życzeń – powiedział Remus. – Ale Gibbon chyba nie miał ochoty czekać tam samotnie na Dumbledore’a, bo szybko zbiegł z powrotem po schodach i włączył się do walki. Trafiło go mordercze zaklęcie wycelowane we mnie.
       Tonks zadrżała na samą myśl o tej krótkiej chwili, kiedy była pewna, że Remus zginie.
       - Więc skoro Ron pilnował Pokoju Życzeń razem z Ginny i Neville’em – Harry zwrócił się do Hermiony – to ty byłaś… 
       - Tak, pod drzwiami gabinetu Snape’a – wyszeptała Hermiona z oczami pełnymi łez. – Z Luną. Tkwiłyśmy tam bardzo długo, nic się nie działo… nie wiedziałyśmy, co się dzieje tam, wyżej, Ron wziął Mapę Huncwotów… Dopiero około północy zbiegł do lochów profesor Flitwick. Krzyczał coś o śmierciożercach w zamku, chyba nawet nie zauważył Luny i mnie, tylko wpadł do gabinetu Snape’a i słyszałyśmy, jak mówi mu, żeby natychmiast z nim poszedł i im pomógł, a potem usłyszałyśmy łoskot… i Snape wybiegł z pokoju… i nas zobaczył… i… i… 
       - I co? – dopytywał się Harry z napięciem. 
       - Byłam taka głupia, Harry! – wyszeptała Hermiona. – Powiedział, że profesor Flitwick zemdlał i że musimy tam wejść i zająć się nim, a on… a on pójdzie, żeby pomóc w walce ze śmierciożercami… – Zakryła sobie twarz rękami i ciągnęła przytłumionym głosem: – Weszłyśmy do jego gabinetu i zobaczyłyśmy nieprzytomnego Flitwicka leżącego na podłodze… i… och, to jest teraz tak oczywiste, Snape musiał rzucić na niego Drętwotę, ale my nie zdawałyśmy sobie z tego sprawy, Harry, pozwoliłyśmy Snape’owi tam pójść i… 
       - To nie twoja wina – przerwał jej stanowczo Remus. – Hermiono, gdybyś nie posłuchała Snape’a i nie usunęła mu się z drogi, prawdopodobnie zabiłby ciebie i Lunę. 
       - Więc pobiegł na górę – powiedział Harry w zamyśleniu – i znalazł to miejsce, gdzie wszyscy walczyliście… 
       - Było ciężko, zaczynaliśmy przegrywać – powiedziała cicho Tonks. Przed oczami pojawiły jej się obrazy tej strasznej walki. – Gibbon padł, ale reszta śmierciożerców była gotowa walczyć na śmierć i życie. Neville został ranny, na Billa rzucił się Greyback… było ciemno… zaklęcia śmigały ze wszystkich stron… Malfoy gdzieś znikł, musiał się prześliznąć i pobiec na wieżę… a potem pobiegło za nim więcej śmierciożerców, jeden zablokował za nimi schody jakimś zaklęciem… Neville wpadł na nie i wyrzuciło go w powietrze… 
       - Nie mogliśmy się tam przedrzeć – powiedział Ron – a ten wielki śmierciożerca miotał wciąż zaklęciami we wszystkie strony, rąbały w ściany i świstały nam koło uszu… 
       - I wtedy pojawił się Snape – powiedziała Tonks – i nagle zniknął… 
       - Zobaczyłam, jak ku nam pędzi, ale zaraz potem musiałam zrobić unik przed zaklęciem tego olbrzymiego śmierciożercy i straciłam przytomność – dodała Ginny. 
       - Ja go zobaczyłem, jak przebiega przez tę magiczną zaporę, jakby jej tam w ogóle nie było – powiedział Remus. – Pobiegłem za nim, ale odrzuciło mnie tak samo jak Neville’a… 
       - Zna jakieś zaklęcie, którego my nie znamy – szepnęła McGonagall. – W końcu on… on był nauczycielem obrony przed czarną magią… Pomyślałam sobie, że ściga tych śmierciożerców, którzy uciekli na wieżę… 
       - Bo ścigał – przerwał jej Harry wzburzonym głosem – ale nie po to, żeby ich zatrzymać, tylko żeby im pomóc… i mogę się założyć, że aby przejść przez tę zaporę, wystarczyło być naznaczonym Mrocznym Znakiem… I co się stało, jak stamtąd wrócił? 
       - Ten wielki śmierciożerca właśnie rozwalił zaklęciem sklepienie, połowa runęła w dół, i chyba to przełamało zaklęcie blokujące schody — powiedział Remus. – Wszyscy tam pobiegliśmy… w każdym razie ci, którzy jeszcze trzymali się na nogach… i wtedy z chmury pyłu wyłonił się Snape z tym chłopcem… oczywiście ich nie zaatakowaliśmy… 
       - Po prostu pozwoliliśmy im przejść – powiedziała ponuro Tonks – myśleliśmy, że uciekają przed śmierciożercami… a zaraz potem oni rzeczywiście wrócili, razem z tym Greybackiem, i znowu rozgorzała walka… – Zrobiła pauzę, wytężając pamięć, by przypomnieć sobie coś jeszcze. Ujrzała oczami wyobraźni Snape’a, biegnącego wśród obłoków pyłu z Malfoy’em i nagle usłyszała w wyobraźni jego niewyraźny głos. – Wydawało mi się, że Snape coś krzyczy, ale nie wiem co… 
       - Wołał: „Już po wszystkim!” – wyjaśnił jej Harry. – Zrobił już to, co zamierzał zrobić. 
       Wszyscy umilkli. Z błoni napłynął lament Fawkesa. Smętna pieśń drgała w powietrzu, a Tonks siedziała obok Remusa, wciąż trzymając rękę na jego ramieniu i czując jego ciepło. Tak niewiele brakowało, by ten kochany mężczyzna był już zimny… Tylko szczęśliwy przypadek sprawił, że oto miała go teraz przy sobie, że mogła go dotknąć… A on może złapać ją za rękę i spojrzeć na nią z tym swoim ciepłem w pięknych, ciemnoniebieskich oczach.
       To wstrząsające… ale bardziej pochłaniała ją myśl, że Remus żyje, niż, że Dumbledore nie żyje. Jeśli śmierć Dumbledore’a miała być ceną za życie Remusa, to… Tonks wstydziła się takich myśli i odsuwała je od siebie, jak tylko mogła. Bolała ją bardzo myśl o tym, że największy czarodziej ich czasów zginął… ale wciąż i wciąż powracała do niej ulga, którą poczuła, gdy śmiertelne zaklęcie dosięgło nie Remusa, a Gibbona…
       Jej myśli przerwało gwałtownie pojawienie się w szpitalu państwa Weasley i Fleur Delacour.
       - Molly… Arturze… – powiedziała profesor McGonagall, spiesząc ku nim, żeby ich powitać. – Tak mi przykro… 
       - Bill… – wyszeptała Molly, przebiegając obok McGonagall. – Och, BILL! 
       Tonks i Remus podnieśli się szybko i odeszli od łóżka Billa. Stanęli nieco na uboczu, obserwując z bólem, jak Molly pochyla się nad synem i przyciska wargi do jego zakrwawionego czoła. 
       Tonks poczuła gwałtowne dławienie w gardle, gdy przypomniała sobie chwilę na Grimmauld Place. Molly podeszła wtedy do Billa i przytuliła go z całej siły.
       - Oj, mamo… Przecież nie idę na wojnę – roześmiał się Bill, nie przewidując nawet, jak skończy się dla niego dzisiejsza eskapada. 
       Tonks nawet nie próbowała sobie wyobrażać, co biedna Molly teraz przeżywa, widząc swojego syna w takim stanie.
       - Mówisz, że zaatakował go Greyback? – zwrócił się Artur do profesor McGonagall. – Ale nie był przemieniony? Więc co to oznacza? Co będzie z Billem? 
       - Jeszcze nie wiemy – odpowiedziała, patrząc bezradnie na Remusa. 
       - Prawdopodobnie dojdzie do jakiegoś skażenia, Arturze – rzekł Remus. – To rzadki przypadek, może nawet jedyny w swoim rodzaju… Nie wiemy, jak się zachowa, kiedy się obudzi… 
       Molly wzięła od pani Pomfrey cuchnącą maść i zaczęła nią smarować rany Billa. 
       - A Dumbledore? – odezwał się Artur. – Minerwo, czy to prawda… czy on naprawdę…? 
       Profesor McGonagall kiwnęła głową.
       - Dumbledore nie żyje – wyszeptał Artur, ale jego żona nie odrywała oczu od swojego najstarszego syna; zaczęła szlochać, a łzy kapały na jego pokiereszowaną twarz. 
       - Oczywiście wygląd nie ma znaczenia… to naprawdę n-nie w-ważne… ale był takim ładnym chłopaczkiem… zawsze był bardzo przystojny… i m-miał się ożenić! 
       Tonks poczuła nagle na sobie spojrzenie Remusa. Odwróciła głowę w jego stronę i zobaczyła na jego twarzy wyraz dziwnego smutku. Dobrze wiedziała, o czym myśli jej ukochany: Bill został ugryziony przez wilkołaka, więc jego plany rodzinne zostały automatycznie przekreślone. Nie wiadomo, jaką decyzję podejmie Fleur… ale nikt nie będzie miał jej za złe, jeśli zerwie zaręczyny. Bill przecież już nigdy nie będzie wyglądał tak, jak dawniej… no i może już nie być do końca zdrowy. Poczuła ukłucie żalu, ale jednocześnie pomyślała ze złością, że ten smutny wzrok Remusa wygląda jak triumfalne „A nie mówiłem?”. Jeśli Fleur okaże się tak głupia, jak on… albo, co gorsza, jeśli to BILL okaże się tak głupi, jak on…
       - A co przez to rozumi? – zapytała nagle głośno Fleur. Tonks i Remus spojrzeli na nią gwałtownie. – Co znaczy „mial” się ożenici? 
       Molly podniosła zalaną łzami twarz i spojrzała na nią ze zdumieniem. 
       - No… – zająknęła się – tylko to, że… 
       - Myśli, że Bill nie będzie już mnie chciał? – zapytała Fleur. – Że już mnie nie pokocha, bo te ugryzienia? 
       - Nie, wcale tak nie… 
       - Bo on mnie pokocha! – powiedziała Fleur, prostując się i odrzucając do tylu swoją długą srebrną grzywę. – Musi być więcej od wilkołak, żeby Bill mnie nie kocha! 
       - Tak, tego jestem pewna – powiedziała Molly – ja tylko pomyślałam, że może teraz… biorąc pod uwagę jego… jego… 
       - Myśli, że ja by go nie chciała za męża? A może to taka nadzieja? – zapytała Fleur, a nozdrza jej drgały. – A co mi tam, jak on wygląda! Ja wygląda tak dobrze, że starczy na oboje! Te wszystki rany to dlatego, że mój mąż taki dzielny! I ja to zrobi! – dodała ze złością, odpychając panią Weasley na bok i wyrywając jej z ręki pudełko z maścią. 
       Tonks poczuła nagle zalewającą ją falę sympatii do Fleur i wypełniającą ją dziką nadzieję, że może to otworzy Remusowi oczy. Wpatrzyła się jednak ze strachem w Molly, która wpadła na męża i z bardzo dziwną miną patrzyła, jak Fleur smaruje rany Billa. Spodziewała się, że za chwilę nastąpi wybuch. 
       - Nasza stryjeczna babcia Muriel – oznajmiła Molly po dłuższej chwili – ma cudowną tiarę… robota goblinów… i na pewno uda mi się ją nakłonić, by ci ją pożyczyła na ślub. Ona bardzo lubi Billa, a ta tiara będzie dobrze pasowała do twoich włosów. 
       - Dziękuję – powiedziała oschle Fleur. – Jestem pewna, że będzi piękna.
       A po chwili – zupełnie nie wiadomo, kiedy – obie kobiety już się ściskały i wypłakiwały w swoje ramiona.
       Tym razem to Tonks przeniosła oburzone spojrzenie na Remusa. Ten starannie unikał patrzenia na nią, jakby spodziewał się, że wybuch, który jakimś cudem ominął Molly, przypadnie w udziale kobiecie, której już od roku zamieniał życie w piekło. Kobiecie, która właśnie ujrzała na własne oczy szczęśliwe narzeczeństwo, którego nie zdołał zniszczyć Greyback. 
       - Widzisz? – powiedziała Tonks, nawet nie próbując ukryć triumfu w głosie. – Ona nadal chce za niego wyjść, chociaż został ukąszony! Ją to nie obchodzi! 
       - Jest różnica – odrzekł Remus. Mówił cicho, ledwie poruszając ustami, jakby nie chciał, by usłyszały ich osoby znajdujące się w skrzydle szpitalnym. – Bill nie będzie prawdziwym wilkołakiem. Oba przypadki są zupełnie…
       Jednak Tonks nie pozwoliła mu dokończyć. Poczuła nagle tak straszną złość, że w jednej chwili zapomniała, że jeszcze tak niedawno Remus o mało nie stracił życia. Złapała go z przodu za szatę i potrząsnęła nią. Ten idiota nadal nic nie rozumiał… Miała ochotę go udusić!
       - A mnie to wcale nie obchodzi, rozumiesz?! – zawołała drżącym głosem. – Mówiłam ci milion razy…
       - A ja milion razy mówiłem TOBIE – przerwał jej Remus, nie parząc na nią – że jestem dla ciebie za stary, za biedny… zbyt niebezpieczny…
       Tonks trzęsła się z oburzenia, ściskając z całej siły szatę Remusa. Tak, miał rację… powtarzał jej to już jakieś milion razy. Dzień po dniu przez cały, potworny rok. Nic do niego nie docierało, nie chciał słuchać jej argumentów… Dlaczego, dlaczego był taki głupi?!
       - Zawsze ci mówiłam, że bardzo śmiesznie do tego podchodzisz, Remusie – powiedziała nagle Molly przez ramię Fleur, klepiąc ją po plecach. 
       - A ja nie widzę w tym nic śmiesznego – upierał się Remus. Lekko drżącymi rękami starał się oderwać jej dłonie od swojej szaty. – Tonks zasługuje na kogoś młodego i zdrowego. 
       - Ale pragnie ciebie – stwierdziła Molly, lekko się uśmiechając. – A bywa i tak, Remusie, że młodzi i zdrowi mężczyźni nagle przestają tacy być. – Wskazała ze smutkiem na swojego syna leżącego między nimi.
       Tonks otworzyła usta, jednak zanim zdążyła wyrzec choć słowo, Remus odezwał się, unikając spojrzeń wszystkich: 
       - To nie jest odpowiednia chwila, żeby nad tym dyskutować. – Twarz drgnęła mu lekko. – Dumbledore nie żyje…
       - Dumbledore byłby bardzo szczęśliwy, widząc, że na świecie przybyło trochę miłości – stwierdziła szorstko profesor McGonagall. 
       W tym momencie drzwi znowu się otworzyły i wszedł Hagrid. 
       Ta niewielka część jego twarzy, której nie przysłaniały włosy, była wilgotna i napuchnięta; zanosił się płaczem, w ręku trzymał wielką poplamioną chustkę. 
       - Ja… to z-zrobiłem, pani profesor – wymamrotał przez łzy. – P-przeniosłem go. Profesor Sprout zagoniła dzieciaki do łóżek. Profesor Flitwick leży, ale mówi, że za momencik wydobrzeje, a profesor Slughorn mówi, że ministerstwo już wie. 
       - Dziękuję ci, Hagridzie – powiedziała profesor McGonagall, po czym natychmiast wstała i odwróciła się, by spojrzeć na wszystkich otaczających łóżko Billa. – Hagridzie, powiedz opiekunom domów… Slughorn może reprezentować Slytherin… że chcę ich zaraz widzieć w moim gabinecie. Ty też tam przyjdź. 
       Kiedy Hagrid kiwnął głową i wyszedł z sali, spojrzała na Harry’ego. 
       - Zanim spotkam się z nimi, chciałabym zamienić z tobą słowo, Harry. Może pójdziesz ze mną… 
       Harry wstał.
       - Zaraz się zobaczymy – mruknął do Rona, Hermiony i Ginny i ruszył za nią. Po chwili opuścili skrzydło szpitalne.
       Tonks w pewnej chwili zdała sobie sprawę, że nadal trzyma Remusa za szatę.
       - Musiałaś odstawić tę szopkę? – zapytał Remus z wyrzutem, uwalniając się w końcu z jej uścisku. – To naprawdę nie mogło poczekać kilku minut?
       Unikał patrzenia na znajdujących się tu wciąż Weasley’ów, Hermionę, Lunę i Fleur. Fleur wróciła już do smarowania cuchnącą maścią twarzy narzeczonego, ale reszta wpatrywała się tylko w nich. 
       - Musiałam – warknęła Tonks, nie zwracając na nich uwagi. – Bo ty nadal uważasz, że jesteś najmądrzejszy na świecie!
       - Tonks – szepnął Remus niecierpliwie. – Błagam cię…
       Spojrzał niepewnie na wpatrujące się w nich osoby, na których twarzach malowało się albo zakłopotanie, albo uśmiech.
       - Pasujecie do siebie – odezwała się nagle Luna rozmarzonym głosem. – Kiedy na siebie patrzycie, po prostu czuje się obecność wisiołków…
       - Czego? – zapytali jednocześnie Tonks, Remus, Molly i Fleur.
       - To małe żyjątka, które krążą wokół zakochanych – wyjaśniła Luna, a jej wielkie oczy zrobiły się nagle jeszcze większe. – Im bardziej zakochani nie mogą bez siebie żyć, tym jest ich więcej. Wokół was wyczuwam całą ich chmarę…
       - Takie stworzenia nie istnieją, Luno – powiedział Remus. – Mówiłem ci już kiedyś, że powinnaś nauczyć się odróżniać prawdę od swoich wyobrażeń.
       - Wisiołki ISTNIEJĄ – zapewniła Luna. – Ale te wokół was są bardzo zniecierpliwione. Gdyby pan pocałował swoją przyjaciółkę…
       - Luno, to nie jest twoja sprawa – powiedział Remus nieco nerwowym tonem. – Tonks i ja nigdy nie będziemy razem, bo jestem dla niej zbyt niebezpieczny…
       - Niech pan się nie wygłupia – odezwała się Ginny. – Nie widzi pan, że Tonks jest bez pana nieszczęśliwa?
       - Związek z wilkołakiem wcale nie musi być niebezpieczny – dodała Hermiona. – Czytałam, że wilkołaki stają się łagodniejsze, jeśli poda im się częściową narkozę. Wtedy przez te pierwsze godziny, w ciągu których ich agresja jest najsilniejsza, nie będą stanowić zagrożenia…
       Nagle w kilku kieszeniach rozległo się głośne gwizdanie. Tonks sięgnęła szybko po swoje lusterko wielokierunkowe, kiedy nagle gwizdanie ustało. Zamiast długiego, jednostajnego sygnału, przekaźnik wydał trzy krótkie.
       - Szalonooki nas wzywa – rzekł cicho Remus. – Musimy wracać do Kwatery.
       - Ty tu zostań – powiedział Artur, kładąc rękę na ramieniu Molly. – Niedługo wrócę.
       On, Tonks i Remus ruszyli do wyjścia, by po kilku minutach opuścić teren szkoły i zdeportować się z głośnym trzaskiem.
       Jak przewidział Remus, Szalonooki nie był zachwycony ich spóźnieniem.
       - No, jesteście – odezwał się, gdy zobaczył ich w drzwiach kuchni. – Czekamy już tylko na was.
       - Tak, wiemy, Alastorze – powiedział Remus uśmiechając się przepraszająco. – Już jesteśmy.
       Tonks zobaczyła, że gdy ich nie było, w kuchni pojawiło się kilka nowych osób: Kingsley, Winnie i Nat Morris.
       - Myślę, że możemy już zaczynać – rzekł Szalonooki, wyciągając swoje raporty.
       Tonks słuchała uważnie swojego dawnego mistrza ze studiów, od czasu do czasu przenosząc wzrok na Remusa. Czasami przyłapywała jego spojrzenie; Remus wówczas odwracał wzrok, a między brwiami pojawiała mu się mała zmarszczka. Ach… gdyby nie był taki uparty…
       Tonks odkryła, że wcale nie jest zadowolona z rozwiązania, jakie wymyślił jej przyjaciel. To wszystko wyglądało bardzo pięknie… Remus przez kilka miesięcy żyje na łonie natury, ona może go widywać w każdej chwili, a w międzyczasie żyje tak, jakby go nie było. I to ma jej pomóc. Jednak Tonks dobrze wiedziała, jak będzie: za pierwszym razem, gdy zechce się zobaczyć z Remusem, on to zrozumie, porozmawia z nią, może pozwoli sobie towarzyszyć przez godzinkę lub dwie w drodze, którą akurat będzie przemierzał… A potem stanie się coraz bardziej surowy. Jeśli Tonks zechce się z nim zobaczyć zbyt szybko… nie będzie ukrywał niezadowolenia. Zacznie jej robić wyrzuty… Wtedy ona postanowi sobie, że nie będzie go w ogóle widywać, aby go nie denerwować. I wytrzyma kilka tygodni, może nawet miesięcy, po czym uzna, że może się z nim bezpiecznie zobaczyć. Gdy go odwiedzi, on będzie dla niej przesadnie miły, jakby była dla niego kimś obcym. Tak samo ona dla niego. Będą siedzieć naprzeciwko siebie i rozmawiać. Może powspominają Syriusza, może opowiedzą sobie o planach na najbliższe lata… I każde z nich będzie patrzyło na to drugie, myśląc, że tego nie zniesie. Potem Remus, przekonany, że ona już zapomniała, zaproponuje kolejne spotkanie. Będą się widywać jakiś czas, zanim ponownie się nie pocałują w przypływie nagłej, gwałtownej desperacji. I znów będzie kłótnia, znów znikną sobie z oczu na kilka dni… a potem spotkają się na jakimś posiedzeniu, przeproszą wzajemnie i obiecają zacząć wszystko od nowa. Remus wymyśli coś głupiego, żeby zapomniała, odsunie się w cień… I będzie im się wydawać, że wszystko jest dobrze, póki znów pewnego dnia się nie spotkają. I tak w kółko. Do końca życia.
       Czy Remus naprawdę nie widzi, do czego to prowadzi? Czy naprawdę jest tak głupi, by walczyć z czymś, z czym i tak nie wygra? Tonks wiedziała, że już zawsze będzie go kochać. Gdyby… gdyby tylko zmądrzał… Nikt inny nie zapewni jej szczęścia. Chciała być tylko z Remusem.
       Posiedzenie trwało już prawie półtorej godziny. Bill właśnie złożył swoje notatki i miał przekazać głos Robertowi, kiedy nagle drzwi na szczycie schodów otworzyły się.
       Stanął w nich Dumbledore.
       - Dobry wieczór, moi drodzy – powiedział. 
       Głos miał spokojny, ale dziwnie poważny. Tonks spojrzała na niego uważnie, zaciekawiona i jednocześnie zaniepokojona.
       - Co się stało? – zapytał Szalonooki, podnosząc się gwałtownie i podchodząc do dyrektora.
       - Potrzebuję kilku osób – powiedział Dumbledore. – Opuszczam szkołę na kilka godzin i chciałbym, żeby ktoś patrolował korytarze.
       - Nie ma problemu – odezwał się Bill. – Jestem do dyspozycji.
       - Ja również, dyrektorze – odezwał się Remus.
       - I ja – dodała twardo Tonks.
       Spojrzała na Remusa, jednak ten unikał patrzenia na nią. Poczuła ogarniającą ją złość.
       - Ja też z chęcią pójdę – rzekł Robert, składając swoje raporty, które właśnie miał zacząć czytać.
       - Siedź – rzekł twardo Szalonooki. – Musisz zdać relacje z warty. Kingsley… ty nie musisz wracać do pilnowania Blaira*?
       - Muszę – odparł Kingsley. – Zmieniam Hestię za pół godziny.
       - Więc zaraz się skontaktuję z paroma osobami… – zaczął Szalonooki, sięgając do kieszeni po swój przekaźnik, jednak Dumbledore uprzedził go:
       - Wystarczą trzy osoby. – Następnie zwrócił się do Tonks, Remusa i Billa: – Pójdziecie od razu do Minerwy, ona wam powie, co i jak. I bądźcie w szkole nie później, niż za kwadrans. 
       - Będziemy – obiecał Remus.
       Dumbledore odwrócił się i już miał odejść, kiedy nagle ponownie na nich spojrzał. W jego wzroku było coś, co bardzo się Tonks nie podobało.
       - Gdyby cokolwiek się stało – rzekł cicho – to nie przejmujcie się mną. Dopilnujcie, żeby żadnemu uczniowi nic się nie stało. I pamiętajcie – dodał twardo. – Harry jest naszą największą nadzieją. Zaufajcie mu.
       Po czym wspiął się po schodach i zniknął za drzwiami.
       - Może idźcie od razu – polecił Szalonooki. – Tak na wszelki wypadek. 
       Tonks, Remus i Bill podnieśli się ze swoich miejsc. Ze swojego miejsca podniosła się również Molly, po czym podeszła do najstarszego syna i uściskała go z całych sił.
       - Oj, mamo… – zaśmiał się Bill. – Przecież nie idę na wojnę.
       Molly puściła go i ujęła jego twarz w swoje dłonie.
       - Mam złe przeczucia – wyznała nagle. – Dumbledore był jakiś… nieswój. I… skoro chce, żeby ktoś pilnował Hogwart… – przytuliła go ponownie.
       Bill oddał uścisk, po czym puścił matkę i podszedł razem z Remusem i Tonks do kominka, na którym stała miseczka z proszkiem fiuu.
       - Zbiórka w gabinecie McGonagall – przypomniał jeszcze, po czym sięgnął po proszek i wsypał pełną garść do kominka. Gdy z paleniska wydobyły się szmaragdowe płomienie, wskazał ręką Tonks, by weszła pierwsza. Tonks wkroczyła do kominka i gdy tylko wyprostowała się, wrzasnęła:
       - Hogwart!
       Wszystko natychmiast zaczęło wirować wokół własnej osi, a Tonks przycisnęła ręce do boków i zamknęła oczy i usta. Leciała przez chwilę siecią kominków, zanim wylądowała na brzydkiej, obsypanej ziemią posadzce w gabinecie profesor Sprout.
       - Panna Tonks! – zawołała jej dawna opiekunka, odwracając się od wielkiej donicy z jakąś rośliną przypominającą średnio wyrośnięte drzewo cytrusowe.
       - Dobry wieczór, pani profesor – powiedziała Tonks, stając na nogach i przecierając pokrytą sadzą twarz. – Przepraszam, że wpadam tak bez uprzedzenia… Profesor Dumbledore chciał, żebym się zjawiła w Hogwarcie, a byłam akurat w Londynie. Mam nadzieję, że nie przeszkodziłam.
       - Nie, moja droga – zapewniła natychmiast pani Sprout. A potem dodała: – No… jeśli dyrektor cię prosił o przybycie, to leć. Tylko uważaj na… ach!
       Tonks potknęła się o donicę z wielkim kaktusem. Donica upadła na podłogę, a z kaktusa trysnęła śmierdząca ciecz, która prysnęła Tonks prosto w twarz.
       Profesor Sprout podbiegła do niej szybko i usunęła różdżką ciecz z jej twarzy.
       - Nic się nie zmieniłaś – powiedziała, a kąciki jej warg podjechały w górę.
       Tonks również się uśmiechnęła; za czasów szkolnych przewracanie tej donicy należało do jej zwyczajów, ilekroć odwiedziła swoją opiekunkę w jej gabinecie.
       - Przepraszam – powiedziała, podnosząc niezdarnie roślinę. Kaktus zasyczał złowrogo, więc pożegnała się szybko i wybiegła na korytarz, skąd ruszyła szybko w stronę sali wejściowej.
       Gabinet profesor Sprout znajdował się w piwnicach, nieopodal kuchni i pokoju wspólnego Hufflepuffu, więc od gabinetu pani McGonagall dzieliły ją dwa piętra. Pokonała szybko ten dystans i gdy tylko zapukała do właściwych drzwi i usłyszała „proszę”, weszła i ujrzała czekających tam Remusa, Billa, panią McGonagall i pana Flitwicka.
       - Jestem – oznajmiła, oddychając głęboko, by pozbyć się zadyszki.
       - Doskonale – ucieszyła się McGonagall. – Więc, jak już mówiłam, musimy pilnować wszystkich tajnych przejść do Hogwartu. Bill, jak już ustaliliśmy, będzie miał na oku wierzbę bijącą. Ja pójdę do lochów. Filiusie… bądź łaskaw pilnować Wielkiej Sali i drzwi frontowych. Nimfadora… na szóstym piętrze wisi taki portret Newtona Scamandera… Wiesz, gdzie?
       - Kojarzę – odparła Tonks, zamyślając się. – Niedaleko łazienki prefektów… To taki koleś w todze i długiej, spiczastej tiarze… Przeważnie śpi.
       - Dokładnie – rzekła McGonagall. – Za nim jest ukryte tajne przejście… Będziesz je pilnować.
       - Dobrze – zgodziła się Tonks.
       - Remusie… – McGonagall zwróciła się do Remusa. – Ominęłam coś?
       - Na piątym piętrze jest tajny korytarz – powiedział Remus.
       - Masz na myśli ten za lustrem? – zapiszczał nagle Flitwick. – Kilka lat temu został zawalony i teraz nikt tamtędy nie przejdzie.
       - W takim razie – rzekł Remus – zostaje tylko właz przy garbie jednookiej wiedźmy. Biorę go na siebie.
       - Świetnie – ucieszyła się McGonagall. – Proponuję zatem wyruszyć na stanowiska.
       Wszyscy obecni w gabinecie wyszli na korytarz i ruszyli w swoje strony. Tonks szła w milczeniu obok Remusa, który kierował się na trzecie piętro. Myślała cały czas o tym, co kilka minut wcześniej usłyszała na Grimmauld Place.
       Molly bała się, że skoro Dumbledore opuszcza szkołę i chce, by ktoś pilnował korytarzy… być może spodziewa się jakiegoś ataku. A skoro tak… czy wszyscy wyjdą z tego żywi? A co… jeśli Remus…
       Zamknęła z całej siły powieki, nie chcąc dokończyć w myślach tego zdania. Nie bała się o siebie, nie bała się o kogokolwiek innego… Bała się tylko o Remusa. Nie mogła go stracić… Przecież… przecież jeśli przeżyją… na pewno uda jej się go przekonać, by byli razem. Jeśli przeżyją, wszystko będzie dobrze!
       To zadziwiające, jak w obliczu śmierci wszystkie trudności życiowe naraz wydają się być proste. Tylko jedna myśl, jedna mała wątpliwość, czy wyjdą cało z dzisiejszych wydarzeń – cokolwiek się wydarzy – kazała Tonks sądzić, że wszystko w życiu może być piękne i proste, że Remus może należeć do niej, a ona do niego… Że wystarczy tylko słowo, jeden przemyślany ruch… i wszystko jest dobrze. Ach, gdyby to uczucie… ta świadomość śmierci… towarzyszyły nam zawsze! O ile prostsze wydawałyby się problemy, o ile łatwiej byłoby wyciągać ręce do zgody…
       Gdy znaleźli się na trzecim piętrze, Remus bez słowa zrobił pierwszy krok w stronę korytarza prowadzącego do gabinetu, w którym kiedyś rezydował, i nieopodal którego znajdował sie posąg jednookiej wiedźmy. Jednak Tonks nagle złapała go za rękaw.
       Remus spojrzał na nią zaskoczonym wzrokiem.
       - Uważaj na siebie – poprosiła cicho Tonks.
       Remus zawahał się przez chwilę, po czym przywołał na twarz wymuszony uśmiech i odparł:
       - Będę uważał… I ty też uważaj. 
       Odwrócił się i odszedł, a Tonks wznowiła wspinaczkę po niezliczonych schodach, starając się odgonić od siebie myśl, że być może więcej nie zobaczy Remusa żywego.
       Ale… co takiego mogło się stać w ciągu tych kilku godzin nieobecności dyrektora? Ten strach… był głupi i niedorzeczny. Nic się nie stanie, Dumbledore niebawem wróci i oznajmi, że są wolni, że wszystko jest w porządku… Niedługo położy się w swoim łóżku w Hogsmeade, śmiejąc się ze swoich obaw.
       Niebawem znalazła się przed portretem Newtona Scamandera; były dyrektor Hogwartu chrapał głośno przez sen, nie zwracając najmniejszej uwagi na spacerujących po korytarzu uczniów.
       - Proszę natychmiast wracać do dormitoriów – rzekła głośno Tonks, a uczniowie spojrzeli na nią ze zdziwieniem. – Jestem aurorem i otrzymałam wiadomość o podwyższonym stopniu zagrożenia na korytarzach. Dla własnego bezpieczeństwa nie wychodźcie już dzisiaj poza pokój wspólny.
       - Jakiego zagrożenia? – zapytał jakiś ciemnowłosy Krukon. – Nie słyszałem o żadnym…
       - Proszę mi uwierzyć na słowo – odparła Tonks zmęczonym głosem.
       - Właśnie, co to za zagrożenie? – pisnęła nagle jakaś Ślizgonka, na oko z pierwszej klasy. – Czy będą mordować szlamy?
       Tonks pomyślała, że to raczej ona ma ochotę zamordować tę małą rasistkę.
       - Rozumiem, że jesteście bardzo ciekawi – odparła ostro. – Ale czy moglibyście nie zaspakajać tej ciekawości na mojej zmianie?
       - Dobra, dobra – zgodził się Krukon, po czym razem ze swoją rudowłosą koleżanką ruszył w stronę wejścia do wieży Ravenclawu. Po chwili namysłu zrobiła to również Ślizgonka.
       Tonks przez dłuższą chwilę odsyłała uczniów do ich pokojów wspólnych, a gdy na korytarzu zrobiło się względnie spokojnie, zaczęła spacerować tam i z powrotem, nadstawiając uszu i trzymając różdżkę w pogotowiu.
       Minęła już dobra godzina, potem pół następnej… I wciąż nic się nie działo. Tonks z każdą chwilą uspokajała się coraz bardziej, maszerując coraz wolniej i czasami przysiadając u stóp znajdującej się nieopodal zbroi, gdy poczuła zmęczenie. To przecież bzdura… Dumbledore chciał się tylko upewnić, czy nic się nie stanie. Może mu się coś wydawało? Może jakaś błahostka wzbudziła niepotrzebnie jego uwagę? Dumbledore przecież ma swoje lata i może się pomylić. Tak… niepotrzebnie się bała.
       Przemierzając wolno korytarz, zdążyła się do siebie uśmiechnąć, kiedy nagle usłyszała za plecami czyjeś szybkie kroki. Odwróciła się i ujrzała Ginny i Rona Weasleyów i towarzyszącego im pyzatego chłopaka. Już jedno spojrzenie na ich twarze wystarczyło, by Tonks poczuła gwałtowne ukłucie strachu.
       - Co się stało? – zapytała, podbiegając do nich.
       Oddech Ginny był płytki i urywany.
       - Tonks… to śmierciożercy! – zawołała. 
       - Weszli tu przez Pokój Życzeń – dodał równie przerażony Ron. – Harry miał rację… To Malfoy majstrował przy tej piekielnej szafce!…
       Tonks poczuła, że blednie.
       - Gdzie są teraz? – zapytała gwałtownie.
       - Biegli… siódmym piętrem – mówiła gorączkowo Ginny. – Chyba na północ… Nie wiem, bo rzucili coś w powietrze… i zrobiło się ciemno… ale chyba na północ…
       - Lecę tam – powiedziała Tonks. – Ginny, posłuchaj mnie… Na trzecim piętrze jest Remus, w Wielkiej Sali Flitwick, przy wierzbie bijącej Bill, a w lochach McGonagall… Sprowadźcie ich wszystkich, a sami schowajcie się gdzieś!
       - Nie! – ryknął nagle pyzaty chłopak, towarzyszący Ginny i blondynce. – My pomożemy. Harry kazał nam pilnować Pokoju Życzeń!
       - Nie, to niebezpieczne – powiedziała twardo Tonks. – Znajdźcie wszystkich i uciekajcie! Ja lecę ich zatrzymać!
       Popędziła w stronę kondygnacji prowadzącej na najwyższe piętro, kiedy nagle poczuła, że pyzaty chłopak biegnie koło niej.
       - Nie może pani walczyć z nimi sama! – ryknął, zrównując się z nią. – Zabiją panią!
       Tonks, mimo strachu, poczuła nagle, że ogarnia ją wzruszenie. Nie mogła jednak pozwolić, by jakikolwiek uczeń narażał swoje życie.
       - Posłuchaj mnie… ee… – zaczęła. 
       - Neville – przedstawił się chłopak.
       - Tak… Neville – zgodziła się Tonks. – Nie wiem, czy możesz coś zrobić… Myślę, że powinieneś wrócić do pokoju wspólnego. Zaraz przyjdzie pomoc, ja ich zatrzymam…
       - Wie pani, co to znaczy „zatrzymać kogoś”? – zapytał ostro Neville. – To znaczy: „wystawić się i dać się zabić zanim przyjdzie odsiecz”. 
       - Naprawdę nie będzie mi smutno ginąć samotnie za Hogwart – powiedziała Tonks z lekkim uśmiechem. – Nie musisz mi towarzyszyć.
       Neville również się uśmiechnął.
       - Tylko, że ja nie idę tam ginąć za Hogwart – odparł. – Idę, żeby jakiś śmierdzący sługus ciemności zginął za Lorda Voldemorta.
       Tonks poczuła wypełniające ją ciepłe, dodające otuchy uczucie. Nic już więcej nie powiedziała aż do czasu, gdy znaleźli się w szerokim korytarzu prowadzącym do Wieży Astronomicznej. Na jego końcu dostrzegli oddalające się szybko figury.
       - Stać! – ryknęła Tonks i wysłała pierwsze zaklęcie oszałamiające, które minęło o włos jednego ze śmierciożerców.
       Śmierciożercy zareagowali natychmiast. W stronę Tonks wystrzeliło kilka promieni, z których większość była zielona. Tonks złapała Neville’a za kołnierz i pociągnęła na ziemię.
       - Jeszcze nie jest za późno – szepnęła, gdy stanęli na nogi. – Możesz uciec, Neville…
       - W życiu – ryknął Neville, po czym wystrzelił kilka czerwonych promieni. Jeden z nich trafił w twarz wielkiego blondyna, który zwalił się z nóg, rycząc.
       Kilku śmierciożerców zawróciło i wysłało w ich stronę kolejne mordercze zaklęcia. Tonks wepchnęła Neville’a za najbliższą zbroję, sama przetaczając się po podłodze i wystrzeliwując kilka oszałamiaczy. Starała się nie odbiegać od kondygnacji schodów, by trzymać wrogów z dala od ich celu – czymkolwiek ten cel był. Wiedziała, że musi ich zatrzymać, że musi ich choć trochę osłabić… Pomoc niebawem nadejdzie.
       Neville szybko wyskoczył zza zbroi, śląc w stronę śmierciożerców mnóstwo zaklęć; w rękach ściskał tarczę wyrwaną zbroi. Tonks obserwowała chłopaka kątem oka, gotowa go zasłonić choćby własnym ciałem. Tarcza chroniła go całkiem nieźle, ale była ciężka i blokowała jego ruchy, więc gdyby został otoczony, byłoby po nim.
       Nagle nad głową Tonks świsnął ostro zielony promień, trafiając w mały portrecik wiszący nad jej głową. Portrecik spadł ze ściany; Tonks złapała go w locie i wyrzuciła w powietrze, w stronę śmierciożerców. Jeden z nich automatycznie wystrzelił w niego i ramka w jednej chwili zajęła się ogniem. Tonks zyskała tym dwie cenne sekundy, które wykorzystała na obezwładnienie go oszałamiaczem. Tymczasem płonąca ramka zderzyła się z szatą młodego mężczyzny o jasnoblond włosach, w którym Tonks rozpoznała Draco Malfoy’a. Malfoy wrzasnął, gdy poczuł swąd swojej szaty i ugasił ogień wodą z różdżki. Po chwili padł obezwładniony na ziemię.
    Tonks zaczęła się coraz bardziej denerwować. Jeśli jej przyjaciele szybko nie przyjdą, będzie po niej. Długo już tak nie wytrzyma… Zapas adrenaliny niedługo ustąpi miejsce zmęczeniu, a wtedy będą ją mieli na widelcu. Kto wtedy obroni Neville’a? Kto powstrzyma tych sadystów przed dopełnieniem tego, co mieli dopełnić? Musi… musi wytrzymać jeszcze chwilkę… Remus i reszta na pewno zaraz przybędą…
       Nagle tuż przed nią wyrósł jak spod ziemi wielki, brudny mężczyzna. Miał oczy nabiegłe krwią, wysuwał lubieżnie język i roztaczał wokół siebie bardzo nieprzyjemny zapach.
       Tonks poczuła, że blednie.
       - Greyback… – szepnęła. W następnej chwili wysłała w jego stronę obezwładniające zaklęcie, jednak wilkołak uskoczył.
       - No co jest, laseczko? – zawył nieprzyjemnym, suchym głosem. – Może opuścisz tę pałkę i pozwolisz zakosztować twojego pięknego ciałka…
       - Ty parszywy zbirze… – ryknęła Tonks i posłała w jego stronę kolejny promień.
       Oto miała przed sobą człowieka… a nawet nie człowieka. Bestię. Bestię, która była winna koszmaru Remusa. Ich wspólnego koszmaru. Oto nadarza się okazja, by go zabić, by pomścić wszystkie krzywdy… Tonks nie zmarnuje tej okazji… Musi zniszczyć to bydlę… które nawet nie zasługuje na miano człowieka!
       Gdzieś obok siebie usłyszała nagle głośny krzyk. To Neville nie zdołał uskoczyć przed jednym z zaklęć i zwalił się ciężko na podłogę. Tonks zadrżała, przerażona myślą, że chłopak zginął. Jeżeli… jeżeli naprawdę zginął… to przez nią. Ona powinna walczyć ze wszystkimi, nie skupiać się tylko na jednym śmierciożercy…
       Tymczasem śmierciożercy zaczęli oddalać się szybko w stronę wejścia na wieżę. Greyback ukazał nagle swój komplet brudnych, umazanych krwią zębów. 
       - Nie umkniesz mi… – cieszył się. – Taki apetyczny kąsek…
       Naprężył się nagle jak wilk gotujący się do skoku. Nim Tonks zdążyła cokolwiek zrobić, rzucił się na nią. Poczuła jego smród tuż obok swojej twarzy i zimną, obrzydliwą łapę zaciskającą się na jej ramieniu…
       I nagle Greyback został odrzucony w tył siłą czyjegoś zaklęcia. Tonks odwróciła się i dostrzegła Remusa z pobladłą twarzą, a za nim Billa, McGonagall, Rona i Ginny.
       - Jeśli jeszcze raz ją tkniesz… – ryknął Remus, celując różdżką w wilkołaka. Był blady i tak rozwścieczony, że Tonks aż się przestraszyła. Z trudem łapiąc oddech, wyjaśnił Greybackowi, co mu zrobi, stosując kilka wulgarnych wyrażeń.
       Greyback podniósł się z podłogi.
       - Proszę, proszę… – parsknął. – Kogo my tu widzimy… Kim jest ta zakąseczka, co, Lupin? Czy to może… Dora?
       Remus ryknął pod jego adresem jeszcze jeden wulgarny epitet i posłał w jego stronę oszałamiacza.
       - Doro! Doro! – ryczał Greyback teatralnym głosem. – Doro!
       Tonks przypomniała sobie, jak Remus opowiadał jej, że w podziemiu wciąż wypowiadał jej imię przez sen. Nie miała jednak czasu przyglądać się i przysłuchiwać walce Remusa z Greybackiem. Już raz spuściła z oczu Neville’a i nie wiedziała nawet, czy przeżył. Nie może powtórzyć tego błędu!
       Teraz śmierciożercy walczyli z uczniami i członkami Zakonu na przestrzeni całego korytarza. Remus zniknął gdzieś, a Tonks bała się patrzeć pod nogi, aby nie ujrzeć jego zmasakrowanego ciała. Starając się obezwładnić wielkiego, blondwłosego śmierciożercę, który miotał zaklęciami we wszystkie strony, obserwowała kątem oka to, co się wokół działo. 
       Zobaczyła Greybacka walczącego z Billem. Serce podjechało jej do gardła, ale już chwilę później ujrzała mysią czuprynę ukochanego nieopodal wejścia do Wieży Astronomicznej. Ujrzała, że jeden ze śmierciożerców – zdaje się, Gibbon – wbiega na wieżę. Wiedziała, że musi go powstrzymać, ale nie mogła zostawić blondyna, który w każdej chwili mógł zranić któregoś z nich. Nie mogła go nawet zaatakować, tak bardzo skupiała się na obronie przed nim siebie i innych…
       Nagle dostrzegła obok siebie utykającą postać, która włączyła się do ataku.
       - Neville! – ryknęła z ulgą.
       Neville nie odpowiedział, tylko zaatakował śmierciożercę. Jego zaklęcie chybiło jednak o kilka centymetrów.
       - Neville, biegnij na wieżę! – ryknęła Tonks. – Tam jest tylko Gibbon… Zatrzymaj go… zrób cokolwiek…
       - Robi się – zawołał Neville, po czym pobiegł w stronę wejścia do wieży. Jednak w połowie drogi zatrzymał się i zaczął odpierać ciosy kobiety, w której Tonks rozpoznała Alecto Carrow.
       I wtedy właśnie blondyn, który walczył z Tonks, odwrócił się i wycelował w walczącą przy wejściu parę. Tonks ujrzała wystrzelający z jego różdżki zielony promień, który pomknął dokładnie tam, gdzie dostrzegała mysie włosy i znoszoną szatę Remusa. Remus, obezwładniwszy jednego ze śmierciożerców, odwrócił się i dostrzegł ten błysk. Tonks, czując się, jakby wszystko działo się o połowę wolniej, obserwowała twarz ukochanego, na której jeszcze nie zdążył pojawić się wyraz strachu… Czuła się, jakby jej serce stanęło, jakby cały świat zatrzymał się wokół… Nie Remus… Tylko nie Remus! Chciała coś zrobić, ale wiedziała, że jest za późno. Remus za chwilę zginie… zginie na jej oczach.
       Jednak nagle między promieniem a Remusem pojawiła się jakaś postać. Wszystko to stało się w ciągu ułamka sekundy. Zielony promień uderzył w tę postać… ta postać zwaliła się gwałtownie… a Remus… a może ktoś bardzo podobny do niego… stał, ciągle żywy.
       Do Tonks dopiero po chwili zaczęło docierać, co się stało: to Gibbon wypadł nagle z wieży i w tym najpotrzebniejszym ułamku sekundy znalazł się we właściwym miejscu. Zginął… zginął ich wróg. A Remus był uratowany.
       Tonks, trzęsąc się cała, nadal starała się obezwładnić blondyna, choć nie miała pojęcia, jak jej się to udawało. Jeszcze nigdy nie była tak roztrzęsiona. Chciała podbiec do Remusa, przytulić go… Przecież Remus właśnie otarł się o śmierć i tylko szczęśliwy przypadek sprawił, że nadal był żywy!
       Remus chyba już zdał sobie sprawę, co mu groziło, bo zbladł straszliwie. Jednak prawie natychmiast rzucił się w wir walki.
       Śmierciożercy, których wcześniej obezwładniła, zaczęli już stawać na nogach i włączać się do walki. Nieopodal przebiegł Malfoy, a potem nagle zniknął w wejściu do wieży.
       - Niech ktoś biegnie za nim… – zawołała Tonks, blokując rozpaczliwie blondyna, który rozwalił już pół korytarza. Sklepienie lada chwila mogło się załamać. – Błagam… tam jest Malfoy!
       Po chwili poczuła mocne uderzenie w plecy; wylądowała na posadzce, czując tępy ból w okolicy łopatek. Ale to przecież było tylko uderzenie… Przetoczyła się i wstała zgrabnie, starając się uniknąć zaklęcia wystrzelonego przez blondyna.
       Tuż obok usłyszała nagle straszny krzyk; obejrzała się i z przerażeniem ujrzała Billa powalonego przez Greybacka. Greyback przyciskał go całym ciałem do posadzki i… szarpał łapczywie zębami jego twarz. Pod głową Billa tworzyła się już kałuża krwi, on sam zaczynał chyba tracić przytomność.
       Tonks zaatakowała wilkołaka i jakoś zrzuciła go z kolegi. Jednak Bill już nie wstał. Twarz miał całą we krwi, a oczy zamknięte.
       Tonks nie miała czasu sprawdzać, czy żyje; czuła napierających na nich śmierciożerców, już wiedziała, że nie zdołają wygrać… Kilku z nich przedostało się na Wieżę Astronomiczną. Neville pobiegł za nimi, ale gdy tylko dotarł do przejścia, coś nagle odrzuciło go w tył.
       - Zablokowali schody! – ryknął, po czym wycelował w nie różdżką. – Reducto! REDUCTO!
       Jednak jego zaklęcia nie zdołały się przebić przez jakąś niewidzialną osłonę. Tymczasem tuż za jego plecami pojawiła się wielka sylwetka, która uniosła różdżkę i wycelowała w niego. Po chwili Neville wrzasnął i upadł ciężko na podłogę.
       - Severus! – usłyszała nagle Tonks w prawym uchu. Obróciła się i ujrzała Snape’a, idącego szybko pośród walczących i kierującego się na wieżę.
       - Pomóż nam! – zawołała profesor McGonagall, ale Snape chyba tego nie usłyszał; nagle znalazł się tuż przy wejściu na wieżę i pokonał je bez najmniejszego trudu. Żadna magiczna siła nie wyrzuciła go w powietrze.
       Remus natychmiast rzucił się w tamtym kierunku. Tonks spodziewała się, że zdoła przejść, tak, jak wcześniej Snape, ale gdy tylko znalazł się u drzwi, odrzuciło go nagle w tył.
       - Remus! – zawołała, podbiegając do niego.
       Remus podniósł się szybko z podłogi.
       - Nie rozumiem… – szepnął gorączkowo. – Jakim cudem Severus…
       Nagle tuż nad nimi rozległ się wielki huk; Remus złapał Tonks za ramię i pociągnął na podłogę, osłaniając ją samym sobą. To wielkie sklepienie runęło w końcu na ziemię, gdy blondwłosy śmierciożerca, niepowstrzymywany przez Tonks, zdołał je w końcu rozwalić.
       Tonks, czując obejmujące ją mocno ramiona Remusa, drżała ze strachu, że jej przyjacielowi może się coś stać. Przecież… to ona była aurorem, to ona powinna go osłaniać! Jeśli mu się coś stanie…
       Jednak trwało to tylko krótką chwilę; gdy łomot ucichł, oboje się podnieśli.
       - Tonks! Profesorze! – zawołał nagle Ron gdzieś z głębi chmury szarego pyłu. – Wejście się odblokowało!
       Tonks i Remus pomknęli w tamtym kierunku, ale nagle dostrzegli wynurzających się stamtąd Snape’a i Malfoy’a.
       Remus zatrzymał ją ramieniem. Tonks usłyszała nagle niewyraźny głos Snape’a, przebijający się przez ogólny hałas. Nie zrozumiała słów, ale wydawało jej się, że krzyczał coś o ucieczce… Oczywiście, niech ucieka razem z Malfoy’em. Malfoy to wciąż uczeń, musi być bezpieczny…
       Tymczasem ze szczytu wieży wyłoniła się cała reszta śmierciożerców.
       - Powstrzymaj tego blondyna – ryknął Remus i zanim zdołała zrozumieć, co się dzieje, zniknął i rzucił się w wir walki. 
       Tonks ruszyła z powrotem na blondyna, który wciąż rzucał we wszystkie strony uroki. Zrobiła kilka uników i zaczęła obsypywać go zaklęciami.
       Nie wiedziała, jak długo jeszcze tak wytrzyma. Czuła już zmęczenie, ale nie pozwalała sobie nawet na chwilę zwłoki. Musi wytrzymać… albo zginie.
       I nagle wszyscy śmierciożercy, jak na komendę, zaczęli uciekać w stronę kondygnacji schodów. Wciąż wysyłali zaklęcia, ale posuwali się cały czas naprzód.
       - Za nimi! – ryknęła McGonagall.
       Tonks rzuciła się w pogoń, jednak śmierciożercy rozpłynęli się nagle w połowie korytarza na siódmym piętrze.
       - Gdzie oni są? – zawołał gorączkowo Remus.
       Ron nagle wskazał palcem na otwarte drzwi jakiegoś pomieszczenia.
       - Pokój Życzeń – odezwał się. – Zwiali przez magiczną szafkę.
       - Jaką szafkę? – zapytała ostro McGonagall; miała podrapaną twarz i całą szatę w strzępach.
       - To długa historia – odparł Ron.
       - Minerwo, nie ma czasu – przypomniał Remus. – Bill… i Neville… trzeba ich przenieść do szpitala!
       - Słusznie – przyznała nerwowo McGonagall.
       Wszyscy ruszyli w stronę zrujnowanego korytarza.
       * Tony Blair – premier brytyjski w latach 1997-2007. Zapewne to właśnie jego pilnował Kingsley (dokładnie od maja 1997; wcześniej premierem był sir John Major, którego też opisała w VI tomie pani Rowling)
       Doświadczenia ostatnich dni były aż nazbyt dobrym powodem, by spędzić resztę życia w swoim łóżku, z dala od okrutnego świata. I Tonks spędzała w ten sposób każdą wolną chwilę.
       Jednak nawet ktoś, kto o mało nie został zgwałcony, a kilka godzin później odtrącony przez najukochańszą osobę, musi czasem coś jeść. Tak więc Tonks nie poszła za głosem tej pięknej perspektywy, tylko sumiennie wypełniała swoje obowiązki, za które dostawała wynagrodzenie. 
       Swoją drogą, tysiąć pięćset galeonów za rok takiej pracy to aż nazbyt duże pieniądze. Co ona z nimi zrobi?
       Zachowa tyle, ile będzie potrzebowała do życia, a resztę odda jakiejś fundacji. Nie potrzebowała przecież nic więcej poza kawałkiem suchara i łyczkiem wody raz na dobę. Tyle tylko, by żyć.
       Pytanie tylko: po co?
       Po co wstawała codziennie na posiłki, po co chodziła na długie, uciążliwe warty, po co w ogóle odzywała się do kogokolwiek… Nie miała po co żyć. Sens jej życia trzymał ją z daleka od siebie, czy tego chciała, czy nie.
       Czasem tylko było jej żal ostatniego roku. Jak pięknie mogłaby go spędzić, gdyby nie pochłaniała ją ta patologiczna miłość? Ileż radości czerpałaby ze spotkań z przyjaciółmi, ze wspólnych posiedzeń, z małych i trochę większych radości swoich bliskich…
       Taki stan rzeczy zaczynał powoli męczyć Tonks. Po dwóch dniach spędzonych w łóżku nagle odkryła w sobie jakąś pozostałą – chyba z dawnego życia – iskierkę siły, by wstać i znów stanąć twarzą w twarz ze światem. Tonks nigdy nie potrafiła siedzieć w miejscu. Teraz też, gdy odnalazła w sobie tę iskierkę, postanowiła udać się na kolejne posiedzenie.
       I czekać, co się stanie.
       Może… może tego właśnie było jej trzeba: spotkań z przyjaciółmi? Oczywiście, narazi się też na spotkanie Remusa. To nie będzie łatwe dla żadnego z nich… ale odkryła, że naprawdę chce się z nim zobaczyć. Postara się nie myśleć, jak bardzo tęskni za jego czułym dotykiem… Spróbuje się z nim na nowo zaprzyjaźnić.
       Gdy Tonks zawitała w kuchni Grimmauld Place, jak zwykle ujrzała siedzących przy stole przyjaciół. Był Robert, był Bill, była Molly, była Cathy…
       Był też Remus.
       Gdy tylko ją zobaczył, natychmiast spuścił wzrok; zapewne było mu wstyd po ich ostatniej kłótni. Tonks jednak nie miała serca niczego mu wypominać. Zeszła po schodach, przywitała się serdecznie ze wszystkimi, po czym zajęła miejsce obok niego.
       - Remus… – szepnęła, kładąc rękę na jego dłoni.
       Remus podniósł na nią wzrok.
       - Przepraszam – wyszeptał. – Nie powinienem się tak unosić.
       - Ja też przepraszam – powiedziała Tonks. – Może… może zacznijmy wszystko od nowa… dobrze?
       Remus uśmiechnął się lekko.
       - Po raz kolejny… – westchnął – zaczynamy wszystko od nowa.
       - Remus… – szepnęła Tonks. – Przecież… przecież ja też tego chcę. Myślisz… że mi nie jest ciężko?
       Palce Remusa zacisnęły się na jej dłoni.
       - Wiem, że jest ci bardzo ciężko – przyznał. – Mnie tak samo.
       - Czy naprawdę… – zaczęła Tonks – nie ma dla nas… żadnej nadziei?
       Remus przymknął oczy.
       - Nie – powiedział. – Przykro mi.
       I tym zakończyli swoją smutną rozmowę.
       - Hej, Robert – odezwała się Tonks. – Co słychać u ciebie i Berty?
       Robert wyszczerzył zęby.
       - Moja córcia rośnie jak szalona – pochwalił się. – A Maksio nie odstępuje jej na krok! Czyta jej bajki, asystuje przy usypianiu… Po prostu ją uwielbia.
       - Dawno go tu nie przyprowadzałeś – zauważyła Tonks.
       - Nie chcę się narażać Szalonookiemu – wyznał Robert. – Ile razy widzi mnie z Maksiem, wygląda jakby miał ochotę wyjść i więcej nie wrócić.
       Tonks i Remus roześmiali się serdecznie.
       - Tonks, musisz w końcu wyłuskać ze swego napiętego harmonogramu parę minut wolnego – powiedział Robert. – Sto lat u nas nie byłaś i Maksio zapytał mnie ostatnio, czy ta pani z różowymi włosami umarła.
       Tonks westchnęła.
       - Obawiam się, że z różowymi włosami koniec – powiedziała. – Jakoś… straciłam ostatnio serce do takich radosnych barw.
       - To dlatego wróciłaś do tego smutnego koloru? – zapytał Robert.
       - On sam do mnie wrócił – powiedziała Tonks. – I nie widzę szans, by kiedykolwiek ustąpił…
       Remus nagle podniósł się ze swojego miejsca.
       - Tonks – powiedział. – Możemy chwilkę porozmawiać… na osobności?
       - Jasne – odparła Tonks, po czym również podniosła się z krzesła.
       Oboje opuścili kuchnię i po cichu weszli w ciemny korytarz znajdujący się naprzeciwko. Byli tu tylko raz; wówczas Remus miał wyjechać do podziemia. Tonks zadrżała, gdy zaprosił ją do tego samego zakurzonego gabinetu o zielonych ścianach, w którym wtedy byli. W środku panował straszny bałagan; nieliczne bibeloty ocalałe po porządkach sprzed dwóch lat walały się po ziemi, jedno z krzeseł było przewrócone. Wszędzie leżały zeschłe liście i – pomimo otwartego okna – czuć było zapach pleśni.
       Okno w tym pomieszczeniu było otwarte przez ponad pół roku.
       Okno to w zasadzie tworzyły już tylko ramy, bo szyby leżały strzaskane na podłodze.
       - Uważaj – powiedział Remus, po czym zbliżył się do potłuczonego szkła. Wyciągnął różdżkę i szepnął parę słów, a szkło powróciło do okiennic.
       - Musiałeś wybrać akurat to pomieszczenie? – zapytała z wyrzutem Tonks. – Źle mi się kojarzy.
       Remus przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią, jednak w końcu tylko westchnął i rzekł:
       - Tonks… pomyślałem, że może powinniśmy… porozmawiać spokojnie o tym, co było… i jest… między nami.
       Tonks uniosła gwałtownie brwi. Czy Remus chce jej powiedzieć… że w końcu… będą razem?
       - Gdy sobie wyjaśnimy… pewne rzeczy – ciągnął Remus – może… może to wszystko stanie się łatwiejsze? Porozmawiajmy spokojnie… dobrze?
       Tonks, czując rozczarowanie, kiwnęła głową. W następnej chwili oboje oczyścili różdżką krzesła, na których usiedli.
       - Tonks… – zaczął Remus, kładąc rękę na jej dłoni – powiedz mi… co cię boli? Z czym sobie nie dajesz rady?
       Tonks nie musiała długo zastanawiać się nad odpowiedzią.
       - Boli mnie – zaczęła z wyrzutem – że tobie się wydaje, że zawsze masz rację… Nie wierzysz mi, że chcę cię takiego, jaki jesteś… że nic mnie nie obchodzi, że nie jesteś zupełnie zdrowy. Myślisz, że takie życie, jak teraz, będzie dla mnie lepsze od życia z tobą… Myślisz, że nie jestem dość dojrzała, by odróżnić miłość od chwilowego zauroczenia…
       Remus otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, jednak najwyraźniej postanowił jej nie przerywać. Zatem Tonks ciągnęła coraz głośniej i szybciej:
       - Chcesz mi zapewnić szczęście, tak? Więc bądź ze mną! Niczego więcej nie pragnę i nic więcej mnie nie zadowoli! Dlaczego ty tego nie możesz zrozumieć? Dlaczego jesteś taki uparty?!
       Zamilkła, czekając na reakcję Remusa.
       Remus westchnął ciężko.
       - Na pewno pamiętasz… – zaczął – że gdy spotkaliśmy się tu przed moim wyjazdem do podziemia, zażądałem od ciebie kategorycznie, byś o mnie zapomniała.
       - Jak mogłabym zapomnieć? – wyszeptała Tonks. 
       - Jeszcze w podziemiu zrozumiałem, że popełniłem błąd – powiedział Remus. – Że chciałem zbyt wiele… Spowodowałem tylko, że się mną zadręczałaś… zapewne jeszcze bardziej, niż byś się zadręczała… gdybym pożegnał cię jako… twój ukochany.
       - Brawo – powiedziała ironicznie Tonks. – Szkoda, że nie wpadłeś na to wtedy. Skoro już się pocałowaliśmy, mogłeś mi pozwolić spędzić z tobą te ostatnie godziny. Miałabym przynajmniej to… Tymczasem… to było piekło.
       - Opowiedz o tym – poprosił Remus.
       Tonks uniosła brwi.
       - Jak sobie życzysz – powiedziała lodowatym tonem. – Ja wtedy sama nie wiedziałam, czy bardziej cię kocham, czy nienawidzę. Obserwowałam tyle zakochanych par, tyle moich przyjaciół zakładało rodziny… a ja stałam z boku i mogłam tylko cierpieć, bo wiedziałam, że nie dość, że nigdy z tobą nie będę, to jeszcze mogę cię nigdy więcej nie zobaczyć! Przeżyłam najgorsze w życiu Boże Narodzenie, bo nie miałam ochoty nikogo widzieć, nie miałam ochoty się cieszyć, godzić ze wszystkimi, śpiewać kolędy i rozpakowywać prezenty… Oczywiście, wiedziałam, że jesteś w Londynie i nie mogłam się z tobą nie zobaczyć… bo wiedziałam, że to może być nasze ostatnie spotkanie. Nawet ty nie możesz rozumieć tego bólu… patrzeć na ukochanego i wiedzieć, że on nie chce mnie widzieć… że może mnie odtrącić, a potem wyjechać i zginąć… I ty mnie wtedy odtrąciłeś, Remusie, chociaż wiedziałeś, jak bardzo cię potrzebowałam… Ach, dlaczego to zrobiłeś?! Dlaczego?!
       Zrobiła pauzę, a Remus westchnął ciężko.
       - Tak naprawdę… – zaczął – byłem na siebie zły, bo w głębi duszy bardzo chciałem, żebyś przyszła. W ciągu dwóch miesięcy spędzonych w podziemiu widziałem już tyle zła, tyle brudu… że gdy wróciłem do cywilizacji, marzyłem, by rzucić się w to wszystko, zapomnieć, że bardziej pasuję tam, niż tu… Ale ta świadomość… że tak naprawdę powinienem żyć tam… prześladowała mnie przez cały czas. Widziałem oczami wyobraźni, że wciągam tam ciebie… i nienawidziłem się za każdą myśl, że mógłbym cię przytulić, pocałować… Gdy jednak przyszłaś i byłaś gotowa wkroczyć razem ze mną w ten parszywy, przeklęty świat… Wtedy po raz pierwszy… i ostatni… przekonałem sam siebie, że cię nienawidzę. Jednak zacząłem tego żałować… zanim jeszcze wyszłaś z kuchni. Daję słowo… gdybyś wtedy zawróciła… podeszła do mnie i szepnęła choć słówko… byłbym gotów na wszystko.
       Tonks słuchała go w milczeniu, przypominając sobie tę straszną chwilę podczas Bożego Narodzenia.
       - Gdybym tylko wiedziała… – wyszeptała.
       - Może lepiej, że nie wiedziałaś – powiedział Remus, nagle uśmiechając się lekko. – Byłem wtedy pod głębokim wpływem wilkołaczych zachowań… i mógłbym się zachować jak zwierz. Tak, jak raz o mało się nie zachowałem.
       Tonks również się uśmiechnęła.
       - I tak byłeś bardziej subtelny, niż Jean – powiedziała.
       Napięcie między nimi zaczęło powoli opadać i Tonks czuła, że ta rozmowa może naprawdę wiele wnieść w ich relacje. Rozmawiali ze sobą… naprawdę szczerze. Po raz pierwszy, odkąd się w sobie zakochali. Może… może Remus nareszcie zrozumie swój błąd?
       - Opowiedz mi resztę – poprosił Remus. – Wszystko, cokolwiek cię boli. Co zrobiłaś, gdy wyjechałem?
       Tonks przez chwilę zamyśliła się, a potem opowiedziała Remusowi wszystko, co przeżyła do jego powrotu: swoją apatię wobec całego świata, zazdrość wobec każdego, komu wiodło się choć trochę lepiej od niej, obojętność wobec własnego zdrowia, całe dnie, które spędzała w łóżku, po prostu przesypiając ten straszny czas. Gdy dotarła do koszmarów, które zaczęły ją dręczyć każdej nocy, Remus przymknął oczy i ścisnął mocno jej rękę.
       - Wybacz… – szepnął.
       Tonks również mocno uścisnęła jego rękę. Trwali przez chwilę w milczeniu, zanim Remus nagle powiedział:
       - Ty też mi się często śniłaś… Niemal co noc widywałem cię, jak nie wiadomo skąd, zjawiałaś się w podziemiu, patrzyłaś na całe zło, które tam się wyprawiało… Chciałem cię ostrzec, żebyś uciekała… ale bywało, że błagałem cię o pomoc. Po prostu… wydawałaś się posłańcem innego, lepszego świata. I wydawało mi się… rozumiesz, to były sny… że możesz mnie zabrać z powrotem tam, gdzie jest tak pięknie… gdzie będziesz ty. Moja najdroższa Dora. Zawsze wtedy budziłem się gwałtownie, a od moich towarzyszy dowiadywałem się, że wciąż wypowiadałem twoje imię.
       - Nie miałeś przez to kłopotów? – zatroszczyła się Tonks.
       - Nie – uśmiechnął się Remus. – Powiedziałem, że jesteś moją dawną ukochaną, która porzuciła mnie, gdy tylko dowiedziała się o moim wilkołactwie. I to mniej więcej podałem za powód, dla którego postanowiłem do nich przystąpić… Oczywiście, nie obyło się bez szyderstw, ale nikt mnie o nic nie podejrzewał.
       - Myślisz – zaczęła Tonks – że to mógł być początek… tego naszego wspólnego snu? Że… już wtedy nasze myśli zaczęły się… przenikać?
       - Kto wie… – rzekł Remus, jakby w zamyśleniu. – To wszystko jest strasznie skomplikowane.
       - Remusie… – szepnęła Tonks – a może… może to był znak… ten nasz sen? Że jesteśmy sobie przeznaczeni?
       - Nie, Tonks, to nie tak – powiedział twardo Remus. – Przede wszystkim, ja nie wierzę w coś takiego, jak przeznaczenie. Tylko my decydujemy o tym, jak wygląda nasze życie i nie ma żadnej niezbadanej siły, która styka różne drogi. Co ma być, to będzie, ale jeśli komuś jest nie po drodze… Czy, jeżeli my jesteśmy tymi przysłowiowymi połówkami jabłka, to czy nie możemy być szczęśliwi z nikim innym? Spotkałem w moim życiu oprócz ciebie dwie kobiety, z którymi byłbym gotów założyć rodzinę… gdybym tylko był zdrowy. Z każdą z nich czułbym się dobrze i bezpiecznie, tak, jak teraz z tobą.
       - Ale tak się nie stało – zauważyła Tonks. – I chyba nie tylko dlatego, że ty nie chciałeś…
       - Pierwsza odwróciła się ode mnie – przyznał Remus. – Podobno wyjechała do Stanów i wyszła bogato za mąż. Druga zginęła.
       - Więc i tak nigdy nie bylibyście razem – zauważyła Tonks. – A ja… ja jestem z tobą mimo wszystko. Choć przecież tyle złego się między nami wydarzyło… Czy to nie jest przeznaczenie?
       - Nie – stwierdził twardo Remus.
       Milczeli przez dłuższą chwilę, wciąż trzymając się za ręce. A potem Remus zapytał:
       - Kiedy te twoje sny się skończyły?
       - Kiedy wyzdrowiałam po zapaleniu płuc – odpowiedziała Tonks. – Wtedy wydawało mi się, że przeżyłam… jakieś katharsis. Że wszystko, co było wcześniej przestało być ważne… że zaczynam życie od nowa.
       - To znaczy, że byłaś w stanie o mnie zapomnieć – zauważył Remus.
       - Byłam tym wszystkim zmęczona – rzekła Tonks lekko drżącym głosem. – I marzyłam już tylko o tym, by nic nigdy nie czuć… Przestałam o tobie myśleć, ale to było tak, jakbym nigdy więcej nie miała nikogo kochać… To nie było miłe uczucie.
       - Może teraz tak ci się wydaje – rzekł Remus. – Znam to uczucie pustki po odejściu najbliższych. Ta pustka by się w końcu wypełniła… Nawet beze mnie.
       - Ale tak się nie stało – przypomniała Tonks. – Wtedy… wtedy dowiedziałam się, że zaginąłeś… A kilka dni, może tydzień później miałam ten sen.
       Remus wpatrywał się w nią przez chwilę.
       - Mimo wszystko, już tydzień po moim powrocie wydawałaś się naprawdę zainteresowana Jeanem – przypomniał.
       - Teraz wiem, że chciałam cię tylko ukarać – powiedziała szybko Tonks. – Nigdy nie czułam nic na poważnie do Jeana. Może tylko trochę było mi miło, że ktoś jest gotów ze mną być… tak po prostu. Po tym, co mi zafundowałeś…
       - Zrobiłem mnóstwo błędów – przyznał Remus. – Teraz to widzę… Po prostu cię skrzywdziłem.
       - Nie przeczę – powiedziała Tonks.
       - I teraz – ciągnął Remus – chciałbym to wszystko naprawić.
       Tonks poczuła nagle gwałtowne bicie serca.
       - To znaczy?… – zapytała bez tchu.
       - Wynająłem moje mieszkanie do końca września – odparł Remus. – Lokator wprowadził się wczoraj, ja tymczasowo przeniosłem się tutaj. Gdy tylko pozałatwiam wszystkie swoje sprawy w Zakonie… co, zresztą, nie powinno mi zająć więcej czasu, niż do jutra… spędzę najbliższe trzy miesiące pod namiotem. Będę, tak, jak kiedyś… o czym ci chyba opowiadałem… przemierzał na piechotę całą Anglię. Odwiedzę swoje ulubione miejsca… i będę czasami wpadał do Londynu, by wziąć jakieś francuskie protokoły do przetłumaczenia. W ten sposób wciąż będę coś robił dla Zakonu… i jednocześnie nie będę ci wchodził w drogę.
       Tonks poczuła się nagle jak balon, z którego uchodzi powietrze.
       - Znów mamy się definitywnie rozstać? – zapytała cicho.
       - Nie, głuptasie – zaśmiał się Remus. – Jeśli tylko poczujesz, że będzie ci zbyt ciężko, po prostu do mnie napisz. Nigdy nie będę twoim ukochanym, ale wciąż chcę pozostać przyjacielem. Porozmawiamy sobie… tak, jak teraz… i będzie ci lepiej. A w międzyczasie… obiecaj, że zaczniesz sobie na nowo układać życie.
       - To znaczy? – Tonks uniosła brwi.
       - Nie każę ci od razu romansować na prawo i lewo – zreflektował się Remus. – Po prostu… utrzymuj kontakty z przyjaciółmi, poznaj nowych ludzi… Zajmij się swoimi pasjami, zacznij się rozwijać… Nawet nie zauważysz, gdy przestaniesz o mnie myśleć.
       - Nie jestem przekonana do tego pomysłu – mruknęła Tonks.
       - A ja tak – uśmiechnął się Remus, po czym położył na jej dłoni swoją drugą rękę. Teraz trzymał ją w mocnym, serdecznym uścisku. – Zobaczysz… teraz wszystko będzie dobrze.
       - A nie prościej – zaczęła ostrożnie Tonks, patrząc mu w oczy – byłoby po prostu być razem?
       Remus zwiesił głowę.
       - Nie – odparł. – Przecież… ja jestem wilkołakiem. To jest jak wyrok, Tonks. Zawsze będę sam i muszę się z tym pogodzić. 
       Tonks milczała przez chwilę. Potem nagle zbliżyła twarz do ukochanego i ponownie spojrzała mu w oczy.
       - Nie obchodzi mnie to – powiedziała cicho.
       Potem wstała i przysunęła krzesło do stołu.
       - Zaraz będzie posiedzenie – przypomniała, starając się panować nad swoim głosem; dziwnie ściśnięta krtań mówiła jej, że za chwilę może się rozpłakać.
       Remus wstał i również przysunął krzesło. A potem nagle podszedł do okna i zamknął je.
       - To wyglądało jak jakiś symbol – zauważyła Tonks z niewyraźnym uśmiechem. – Jakby skończyło się coś, co zacząłeś, gdy w październiku otworzyłeś to okno.
       Remus również się uśmiechnął.
       - Za dużo złego wydarzyło się między nami od tego czasu – rzekł. – Chciałbym, by usunięcie tego było tak proste, jak zamknięcie tego okna… i jak naprawienie stłuczonej szyby.
       - Kiedy otwierałeś to okno – odezwała się Tonks – już raz się pocałowaliśmy. Co z tym zrobisz?
       Remus zawahał się, po czym podszedł do niej powoli. Tonks poczuła, jak bierze ją łagodnie w ramiona i po chwili delikatnie całuje w usta. Przymknęła oczy, kładąc dłonie po obu stronach jego szyi i dała się ponieść chwili. Wiedziała, że musi się tą chwilą nacieszyć, bo czuła… wyraźnie czuła… co ten pocałunek miał oznaczać.
       Po chwili Remus odsunął się od niej łagodnie i spojrzał jej w oczy.
       - Więc mamy już wszystko… – szepnął. – Otwarte i zamknięte okno… oraz pierwszy i ostatni pocałunek.
       - Tak… – powiedziała Tonks, znów czując dławienie w gardle. I tym razem nie zdołała powstrzymać szlochu, który po chwili wyrwał się z jej gardła. Przez jedną krótką chwilę poczuła dziwny ciężar w oczach, który po chwili stoczył się na jej policzki, kąciki warg i brodę. Ciężar ten był mokry i słony.
       - Tonks… – szepnął Remus, kładąc dłoń na jej policzku. – Mogę ci obiecać, że będzie dobrze… Będzie bardzo dobrze!
       - Nie będzie… – chlipnęła Tonks. – Remus… ja cię…
       - Nie, Tonks – przerwał jej Remus. – Ty mnie już nie kochasz. Jeśli tylko w to uwierzysz… będzie ci znacznie łatwiej.
       Po czym wyjął z kieszeni chusteczkę. Tonks wzięła ją i wytarła sobie twarz. Chusteczka pachniała szarym mydłem i czymś, co zawsze kojarzyło jej się z Remusem.
       - Jeśli wszyscy już są w kuchni, to Szalonooki nas zje – powiedział wesoło Remus, spoglądając na zegarek. – Za pięć szósta… Lepiej wracajmy.
       Otworzył drzwi i puścił Tonks przodem. następnie oboje przeszli przez wąski korytarz, potem przez hol i nacisnęli klamkę drzwi prowadzących do kuchni.

    Informuję, że odtąd wszystkie nowe notki będą publikowane tutaj:

    Zapraszam serdecznie do lektury!

       Kochani!

       Ostatnio bardzo dużo myślałam nad zmianami i doszłam do wniosku, że dobrze by nam zrobiła zmiana adresu bloga. Założyłam już na próbę nowe konto: http://www.zycie-tonks.blog.pl/
       Nowe konto bardzo by mi ułatwiło uporządkowanie dodatków, a warto wspomnieć, że ten blog jest już trochę stary, więc zaczyna szwankować. Notki wakacyjnego opowiadania publikowałabym już na tamtym blogu, pojawiałyby się również poprawione notki zwykłego opowiadania (planuję je troszkę zmienić, dlatego chciałabym, byście się z nimi zapoznali, zanim wkleję nową notkę po wakacjach).
       Co o tym myślicie? Jeśli nie chcecie zmieniać adresu – trudno. Blog jest przecież dla Was. Ale myślę, że taka zmiana jest potrzebna.
       No… to wypowiadajcie się w komentarzach, bo jestem bardzo ciekawa, co myślicie!
       Pozdrawiam! 
       Cesia
       Gerda wciągnęła w płuca znajomy zapach peronu 9 i 3/4. 
       Była to siedemnastoletnia dziewczyna o bujnych, rudych włosach, ubrana w letnią bluzeczkę, dżinsy i adidasy, ciągnąca za sobą wielki kufer.
       - Chodź, znajdziemy ci jakieś miejsce – rzekł towarzyszący jej krzepki mężczyzna około czterdziestki. Mężczyzną tym był jej ojciec. Ruszyli razem zatłoczonym peronem, a gdy dotarli do ostatniego wagonu, mężczyzna pomógł córce wnieść kufer na stopień i wepchnąć go na wąski korytarz.
       - Widzisz jakiś wolny przedział? – zapytał ją, wciąż stojąc na zewnątrz.
       - Pierwszy jest zajęty – odrzekła Gerda, dostrzegłszy w środku jakiegoś mężczyznę, pogrążonego w głębokim śnie. Było to bardzo dziwne, bo poza czarownicą roznoszącą przekąski, nigdy jeszcze nie widziała w tym pociągu żadnego dorosłego. Jednak nie zastanawiała się nad tym dłużej, tylko złapała kufer i pociągnęła go dalej, przeciskając się między innymi uczniami.
       Niebawem zatrzymała się i pchnęła drzwi przedziału, w którym znajdowały się już dwie inne dziewczyny; z radosnym piskiem rzuciła się w ich objęcia.
       - Jak tam wakacje? – zapytała ją szczupła szatynka.
       - Strasznie mi się bez was przykrzyło – odparła Gerda. – Ale przynajmniej odpoczęłam trochę od nauki.
       - O, to świetnie. – Szatynka udała przejętą. – Bo widzisz… Mój brat mi mówił, że przed rokiem owutemów trzeba mieć możliwie świeży umysł. Inaczej nie ma siły, żebyś zdała. Lilka już przepadła, bo pod koniec lipca wzięła się za zielarstwo.
       - Ale szybko mi przeszło – powiedziała szczupła blondynka nazwana Lilką. – Szkoda czasu na te głupoty…
       - A ty, Irys? – dopytywała się Gerda. – Też się uczyłaś?
       - Taak – odparła szatynka z nutką ironii w głosie. – Jak czytać z podeszwy, żeby nikt się nie połapał…
       - Na to nie ma rady – westchnęła Gerda. – Trzeba zacisnąć zęby i się po prostu nauczyć. Już nie pamiętacie, jak było na sumach? Podrapać się nie było można, żeby nie podbiegali do nas z fałszoskopem.
       - Weź, Kama, nie przypominaj takich strasznych rzeczy… – wzdrygnęła się dziewczyna nazwana Lilką. – Cieszmy się lepiej ostatnimi godzinami wakacji.
       - Gerdo – odezwał się nagle gruby głos ojca Gerdy, który stał za drzwiami przedziału. – Może lepiej wciągnij swój kufer, bo blokujesz przejście.
       - Słusznie, tato – odezwała się Gerda, po czym z pomocą swojego ojca umieściła kufer na jednej z półek. 
       - Wyjdziesz, żeby się z nami pożegnać? – zapytał tata.
       - No pewnie – uśmiechnęła się Gerda.
       - My też przecież musimy pożegnać się z rodzicami – rzekła dziewczyna nazwana Irysem, wychodząc z przedziału za swoją rudą przyjaciółką.
       Tak naprawdę Irys miała na imię Natalia, a Lilia – Winnie. Dziewczęta po prostu zwracały się do siebie swoimi przezwiskami, które nadały sobie w trzeciej klasie.
       - Słuchajcie – powiedziała pewnego dnia Nat. – Znajdźmy sobie jakieś fajne przezwiska!
       - Na przykład od czego? – zapytała Winnie.
       - A, choćby, od kwiatów – zaproponowała Natalia.
       - Od kwiatów? Hmmm… W takim razie ty mi najbardziej przypominasz irysa, Nat – zaśmiała się Gerda.
       - Winnie, moim zdaniem, jest jak lilia – dodała Nat.
       - A Gerda – zaśmiała się Winnie – kojarzy mi się tylko z kamelią.
       - A co to jest kamelia? – zapytały ze śmiechem przyjaciółki.
       - Taki kwiat troszkę podobny do piwonii – wyjaśniła Winnie. – Tylko taki bardziej… delikatny. Wypisz, wymaluj, nasza Gerda.
       Gerda niebawem dowiedziała się, jak wygląda kamelia, i od tego czasu przezwisko to przylgnęło do niej na dobre. Tak samo, jak przezwiska jej przyjaciółek. Winnie, która była delikatną blondynką, przywodziła na myśl tylko lilię. Z kolei wesoła i żywa Nat ze swoimi wiecznie żywymi chochlikami w oczach była jakby ludzkim odpowiednikiem irysa. Przezwiska te przyjęły się nie tylko w ich trójce, ale również wśród większości ich znajomych.
       Po czułym pożegnaniu z rodzicami, dziewczęta weszły z powrotem do pociągu. Jeszcze zdążyły przesłać ostatnie całusy przez okno, a potem już poczuły, jak pod ich stopami drgnęła podłoga. Pociąg ruszył.
       Zanim dziewczęta ruszyły w swoją stronę, zajrzały raz jeszcze z ciekawością do ostatniego przedziału, w którym spał nieznajomy czarodziej.
       - Jak myślicie – zapytała Winnie – kto to może być?
       - Kto wie… – powiedziała Nat, przystając na chwilę, by przyjrzeć się mężczyźnie. – Może to nowy woźny? Spójrzcie, jakie ma pocerowane ubranie…
       - To pewnie jakiś przypadkowy podróżny – wyraziła swoje zdanie Gerda. – Albo może jakiś handlarz? Może będzie chodził po pociągu, jak ta czarownica ze słodyczami i coś sprzedawał? 
       - A może… – powiedziała Winnie – może to jakiś zamaskowany auror?
       - Auror? – zdziwiła się Gerda.
       - No wiesz – odpowiedziała Winnie. – Przez tę ucieczkę Syriusza Blacka. Może ministerstwo uznało, że potrzebujemy ochrony?
       - To jest jakaś myśl – przyznała Nat. – Ciekawe, ilu jeszcze takich ochroniarzy jest w całym pociągu?
       - Mam nadzieję, że nie będą nam potrzebni – powiedziała Gerda, pierwsza ruszając w stronę ich przedziału. – Wyobraźcie sobie… Gdyby Syriusz Black nagle nas napadł… Słyszałam, że współpracował kiedyś z Same-Wiecie-Kim.
       - Też tak słyszałem – rozległ się za ich plecami głos, na którego dźwięk wszystkie trzy podskoczyły. To Justyn Strong wychylał się z jednego z przedziałów.
       - Ty gnomie nieprany! – powiedziała Nat. – Nigdy więcej nas tak nie strasz.
       A potem podeszła do niego i czule go pocałowała. Justyn był od dwóch lat jej chłopakiem. Zza jego pleców wyglądał Bastian Johanson, ich wspólny przyjaciel z Ravenclawu.
       - Właśnie się za wami rozglądaliśmy – wyznał, wychodząc z przedziału i ściskając rękę każdej z nich. – Już od paru ładnych minut siedzimy tutaj jak spruchniałe nieśmiałki. Moja siostra łaskawie pozwoliła nam się przysiąść.
       Odsunął się, ukazując przedział pełen rozchichotanych drugoklasistek. Siostra Bastiana właśnie im coś pokazywała i nie zwracała na brata najmniejszej uwagi.
       - Ej, kociak – zwrócił się do niej Bastian. – Idę z koleżankami do ich przedziału.
       - To idź – zgodziła się dziewczynka. 
       Tak więc cała piątka ruszyła przed siebie i półtora wagonu później zajęła swoje miejsca.
       - To co tam Kama mówiłaś o Blacku i jego współpracy z Sami-Wiecie-Kim? – zapytał Justyn.
       - Słyszałam, że to on wydał Potterów – odpowiedziała Gerda. – A ty co o tym myślisz?
       - Dla mnie to jest jasne jak słońce – rzekł Justyn. – Oficjalnie milczy się na ten temat, ale tak naprawdę wszyscy wiedzą, że to Black był strażnikiem tajemnicy Potterów. Teraz wszyscy, którzy są odpowiedzialni za jego uwięzienie, plują sobie w brodę, że nie zrobili zdjęcia jego Mrocznego Znaku.
       - A ktoś w ogóle widział ten jego Mroczny Znak? – zapytała Winnie.
       - Ba – powiedział Bastian. – Mój wujek jest aurorem i mówił mi, że zna przynajmniej cztery osoby, które to potwierdzają.
       - To jeszcze o niczym nie świadczy – powiedziała nagle Nat. – Nie można polegać wyłącznie na relacjach znajomych znajomego. Przecież równie dobrze Black mógł w ogóle nie mieć tego Mrocznego Znaku. Nie mogło być tak, że to wydanie Potterów było ostateczną próbą przed przyjęciem go do grona śmierciożerców? Sami-Wiecie-Kto miał ich zabić i dokończyć całą ceremonię, ale, wiadomo, już nigdy nie miał okazji zrobić czegokolwiek.
       - W sumie, masz rację – przyznał Justyn. – Ale wiecie, co? Gdyby to przypadkiem okazało się prawdą, to ten Black chyba by sobie coś zrobił ze złości. Wyobraźcie sobie… Czuje się śmierciożercą, a nie ma Mrocznego Znaku. To tak, jakby się ożenił i nie dostał obrączki.
       Temat Syriusza Blacka nie schodził z ust czarodziejów w całej Wielkiej Brytanii już od ponad miesiąca – to jest od dnia, w którym ten słynny morderca uciekł z Azkabanu. Jak mu się to udało, nie wiedział nikt. Ów temat nie schodził z czołówek gazet, a ostatnio stał się nawet motywem w reklamie usług detektywistycznych. Czarodzieje wyraźnie zaczęli odczuwać jego medialny charakter, dlatego do sprawy podchodzili z coraz większa beztroską, jednakże wszystkie magazyny informacyjne codziennie przypominały o niebezpieczeństwie, zagrażającym wszystkim ze strony tego człowieka; mówiło się o nim, że jest psychopatą.
       - No bo jak inaczej uciekłby z Azkabanu? – godził się z tym Bastian.
       Pociąg mknął na północ, a za oknem pogoda była w kratkę: raz świeciło słońce, a raz padał deszcz. O wpół do pierwszej przyjechała czarownica sprzedająca słodycze, od której kupili pudełko fasolek wszystkich smaków i torebkę kociołkowych piegusków. Większą część pozostałej drogi spędzili, zabawiając się próbowaniem fasolek. 
       - Ciekawe – zaśmiał się Justyn, grzebiąc ręką w pudełku – czy znajdę tutaj smak Syriusza Blacka?
       - Ty lepiej uważaj – ostrzegł przyjaciela Bastian. – Żebyś nie znalazł tam PRAWDZIWEGO Syriusza Blacka.
       - Niby jak miałby się tam dostać? – zapytała Winnie ze śmiechem, choć dobrze wiedziała, że jej kolega żartował.
       - Licho go tam wie – rzekł Bastian. – Taki psychol jest w stanie ukryć się dosłownie wszędzie…
       - Och, przestańcie już! – zdenerwowała się nagle Nat. Wszyscy spojrzeli na nią. – Może i Syriusz Black to niebezpieczny morderca, ale to przecież nie powód, żeby przypisywać mu wszystko, co najgorsze!
       - Ale, Nat… – zaczął Justyn. – Ten szaleniec zabił trzynaście osób jednym przekleństwem! Nie powiesz mi, że to nie świadczy o tym, że jest chory.
       - Niestety, nikt tego nie wie, bo odmówiono mu prawa do procesu! – oburzyła się Nat. – To niby takie oczywiste… Wszyscy widzieli, jak zabijał tych biedaków, i tego nie neguję. Ale wszystko co wiemy o okolicznościach i motywach to są powtarzane od dwunastu lat plotki. Co my o tym wiemy? Nic! Czy tak powinien działać Organ Sprawiedliwości Czarodziejskiej w dwudziestym wieku?!
       - W sumie Nat ma trochę racji – powiedziała Gerda, bawiąc się zieloną fasolką wszystkich smaków, której nie miała odwagi włożyć do ust. – Czytałam gdzieś, że w nowożytnej historii czarodziejstwa było, nie licząc Blacka, pięciu czarodziejów, którym odmówiono procesu przed aresztowaniem. Dwóch z nich potem uniewinniono. Pośmiertnie.
       - Dokładnie tak – zgodziła się Nat. – Była jeszcze taka czarownica, której wyrok zmieniono z dożywocia na dziesięć lat, bo na jaw wyszły pewne okoliczności łagodzące. Już nie pamiętam, co to konkretnie były za okoliczności… W każdym razie musieli jej wypłacić odszkodowanie, bo proces wznowiono dopiero szesnaście lat od jej aresztowania.
       - Ale w historii magii i czarodziejstwa jeszcze nie było takiego człowieka, który uciekłby z Azkabanu – zauważył Bastian. – Czy to nie świadczy w jakiś sposób o Blacku?
       - Wiesz, co? – zaczęła Nat. – Jakby mnie zamknęli w Azkabanie, też bym robiła wszystko, żeby z niego uciec.
       - Ale żeby uciec z Azkabanu, trzeba mieć naprawdę głowę na karku – zauważyła Winnie. – Według mnie to świadczy raczej o tym, że Black jest po prostu okropnie sprytny.
       - No wiesz… Taki na przykład markiz de Sade też musiał być okropnie sprytny – zauważył Bastian. – To taki osiemnastowieczny pisarz – wyjaśnił. – Wsławił się zaspokajaniem swojego popędu płciowego przez znęcanie się nad innymi. Został skazany na śmierć, ale ręka sprawiedliwości dosięgła go bardzo późno, bo umiał się nieźle przemieszczać. Łeb na karku, niestety, często idzie w parze ze zwykłym okrucieństwem.
       - Może faktycznie jedno nie wyklucza drugiego – zgodziła się Nat. – Ale przeczytałam jakiś czas temu, że gdy Black siedział jeszcze w więzieniu, spotkał się z ministrem Knotem. Knot nie mógł potem wyjść z szoku, że Black zachowywał się, jak normalny człowiek. Zwykle więźniowie dostają świra, tymczasem Black był… W każdym razie, podobno poprosił Knota o gazetę, żeby sobie porozwiązywać krzyżówki. Wyobrażacie sobie?! Siedział w Azkabanie dwanaście lat i był w stanie rozwiązywać krzyżówki!
       - To nie świadczy o tym, że jest psycholem? – zapytał Bastian. 
       - Nie wiem – westchnęła Nat. – Ale to mi nie daje spokoju… Ach, gdybym mogła wiedzieć na pewno, dlaczego pozabijał tych wszystkich ludzi!
       - Nie myśl o nim – powiedział Justyn, obejmując swoją dziewczynę ramieniem. – Nawet, jeśli miał szczególny powód, żeby zrobić to, co zrobił, to nie zapominaj, że tak czy inaczej jest mordercą. Ma na rękach niewinną krew. Taka dobra dziewczyna, jak ty, nie powinna myśleć o kimś takim.
       Nat położyła głowę na jego ramieniu, nic już więcej nie mówiąc.
       - Kama, jak tam twoja fasolka? – zapytał Bastian, spoglądając na zielonkawą zawartość palców Gerdy.
       - Ma trochę zbyt podejrzany kolor – odpowiedziała Gerda, przyglądając się uważnie swojej fasolce.
       - Obstawiamy, koledzy. – Bastian klasnął w dłonie. – Według mnie to będą siuśki goblina.
       - Ja mówię, że trawa – powiedziała Nat.
       - A ja obstawiam zielone jabłko – rzekła Winnie.
       - A ty? – zapytała Gerda, zwracając się do Justyna.
       - Pas. – Justyn wzruszył ramionami. – No, to dawaj. I módl się, żeby Bastian nie wygrał zakładu.
       Gerda z pewną obawą włożyła sobie fasolkę do ust. Pożuła chwilkę, marszcząc brwi.
       - I co? – zapytała Winnie.
       Gerda połknęła fasolkę i odparła triumfalnie:
       - Agrestowa!
       Pociąg zbliżał się coraz bardziej na północ. Za oknami robiło się coraz ciemniej, gdy niebo w coraz szybszym tempie zaczęły zasłaniać chmury. Około czwartej błysnęły pioruny i zaczął lać rzęsisty deszcz.
       - Uhuhu… – westchnęła Nat, spoglądając przez szybę. – Niełatwo będzie się dostać do szkoły.
       - Może nie będzie tak źle – zauważył optymistycznie Bastian, który przegrał trzy zakłady pod rząd i teraz musiał zjeść trzy fasolki wszystkich smaków. Właśnie trzymał fasolkę o wściekle pomarańczowym kolorze.
       - Jak pomarańczowa, to pomarańczowa – zaśmiała się Nat, zapytana o zdanie.
       - Serowa – obstawiła Gerda.
       - Piaskowa – zaproponował Justyn.
       - Pas – rzekła Winnie.
       Bastian włożył sobie fasolkę do ust i przeżuł ją wolno.
       - Serowa – oznajmił po chwili, a Gerda uniosła ręce w geście zwycięstwa.
       - Następna – przypomniał Justyn.
       Bastian sięgnął do opustoszałej już torebki i wyciągnął fasolkę o czystym, brązowym kolorze. Na jej widok jęknął.
       - Wiecie, co to może być?! – przeraził się.
       - Dlatego właśnie ja to obstawiam – roześmiał się Justyn. – Teraz tylko pytanie, czy zdrowa, czy może z zatwardzenia.
       - Nie znam się, nigdy nie jadłem – powiedział Bastian.
       - A ja stawiam na czekoladę – powiedziała Nat.
       - To ja też – rzekła Winnie.
       - I ja – zaśmiała się Gerda. – Widzisz, Bas? Taka siła przebicia, że musi być czekoladowa.
       Bastian uśmiechnął się, nie do końca przekonany, po czym włożył fasolkę do ust. Przeżuł ją wolno, krzywiąc się lekko.
       - I co? – zapytały na raz Gerda i Nat.
       - Ziemia – wyznał w końcu Bastian. – Z jakimś takim dziwnym nalotem… Jakby to było torfowisko.
       Cała czwórka jęknęła z udawanym rozczarowaniem.
       - To kto następny? – zapytał Bastian.
       - Ja już nie chcę – powiedziała Gerda. – Nie zjem kolacji… Zresztą, ciągle nie mogę pozbyć się smaku kredy w ustach.
       - A mnie się ciągle odbija lawendą – wyznał Justyn. – Są jeszcze kociołkowe pieguski?
       - Za jakąś godzinę będzie kolacja – przypomniała Winnie. – Jak chcesz, dam ci trochę wody.
       Ledwie Justyn oddał Winnie butelkę z wodą mineralną, pociąg zadrżał gwałtownie i stanął.
       - Co to? – zaniepokoiła się Gerda. – Już wysiadamy?
       - Niemożliwe – stwierdziła Nat. – Jest grubo za wcześnie…
       I w tym momencie w przedziale zgasło światło. Przez chwilę zapanowała tak straszna ciemność, że nikt nie był w stanie dostrzec nawet swoich wyciągniętych dłoni. Jednak już po chwili oczy wszystkich zaczęły przyzwyczajać się do ciemności.
       - Co tu jest grane? – zapytał Justyn niepewnie. Gerda dostrzegła, że mocno przytulił do siebie Nat.
       Nagle w przedziale zrobiło się dziwnie chłodno. Po kilku kolejnych chwilach temperatura spadła tak, że wszyscy zaczęli drżeć.
       - Wcale mi się to nie podoba… – szepnęła Nat.
       - Myślicie… że to… Black? – zapytała Winnie.
       - Nie… coś ty – odparł Bastian, szczękając zębami. – Ale… jeśli to jest to, o czym myślę…
       - A… o czym myślisz?… – zapytała Gerda.
       Odpowiedź na jej pytanie przyszła, zanim Bastian zdążył otworzyć usta. Za drzwiami pojawił się nagle wielki, ciemny kształt. Niemal w tej samej chwili drzwi drgnęły i otworzyły się; do środka weszła – czy może raczej wpłynęła – wielka postać w pelerynie. Gerda wcisnęła się w kąt, czując, że drży nie tylko z zimna.
       W pewnej chwili postać chyba rozwarła usta i zaczęła wciągać powietrze, bo przedział wypełnił straszny, złowieszczy świst. Gerda w jednej chwili poczuła, że kostnieje jeszcze bardziej. A potem w jej głowie zaczęły odżywać niechciane myśli…
       Widziała wstrętnego, złośliwego chłopca, który wyśmiewał się z niej, gdy była mała… Ujrzała wielkiego, strasznego psa, który gonił ją, chcąc ją ukąsić… Poczuła raz jeszcze, jak spada z huśtawki, łamiąc sobie rękę… Nie chciała tego wszystkiego widzieć, jednak obrazy te przesuwały się przed jej oczami. Czuła się strasznie, chciała uciec przed tym świszczącym oddechem, który wysysał z niej ciepło i szczęście… Chciała, żeby to ustało!
       I nagle, tak nagle, jak się zaczęło, wszystko ustało – postać cofnęła się i opuściła przedział.
       Światło zapaliło się dopiero po dłuższej chwili. Gerda, kuląc się w swoim kącie, rozejrzała się nieprzytomnie po twarzach swoich towarzyszy; wszyscy wyglądali na przerażonych.
       - Och… – westchnęła Winnie, wzdrygając się gwałtownie.
       - To był… dementor? – zapytała Nat słabym głosem, wyswobadzając się z ramion Justyna.
       - Na to wygląda… – westchnął Bastian.
       - Ale… skąd on się tu wziął? – zapytała Gerda słabym głosem.
       - Może – zaczął Justyn rozdygotanym głosem – szukał Syriusza Blacka?
       - Bardzo możliwe… – przyznała Nat. – „Prorok” ostatnio pisał coś o dodatkowej ochronie dla uczniów…
       Cała piątka dygotała z zimna i przez dłuższą chwilę nie czuła się na siłach, by kontynuować rozmowę. Dopiero, gdy podłoga zadrżała, sygnalizując, że znów ruszają, Nat odezwała się: 
       - Pewnie jesteśmy już bardzo blisko Hogwartu… 
       Wyjrzała przez okno, jednak w strugach deszczu nie mogła dojrzeć nic poza majaczącymi w oddali ciemnymi wzgórzami. 
       - Tam będziemy bezpieczni – stwierdziła.
       - Myślisz? – zapytał Bastian z powątpiewaniem. – Może na razie, ale wiecie, co? Ja myślę, że Syriusz Black znajdzie sposób, żeby się wedrzeć do środka.
       - No coś, ty – odparła Nat.
       - Mówię ci – przekonywał Bastian. – Skoro udało mu się uciec z Azkabanu, to prawdopodobnie znajdzie też sposób, żeby się dostać do szkoły. Ja myślę, że ten Black będzie się chciał zemścić na Harrym Potterze za upadek Sami-Wiecie-Kogo.
       - A, pewnie – zgodził się Justyn. – Wiecie co, ja myślę, że w tym roku znowu będziemy mieli przechlapane. Żadnych wyjść, żadnych imprez…
       - Może nie będzie tak źle – odezwała się Gerda. – W zeszłym roku przez tę całą Komnatę Tajemnic to i owszem… Ale tym razem zagraża nam nie dzika bestia, która zabija wzrokiem, tylko inny czarodziej.
       - Mimo wszystko – powiedział Bastian – ludzie uważają, i moim zdaniem nie bez racji, że dopóki Black jest na wolności, nikt nie jest bezpieczny.
       Przez kilka następnych chwil Bastian i Justyn zastanawiali się głośno, w jaki to tajemniczy sposób Black mógł uciec z Azkabanu, i w jaki sposób uda mu się – czego obaj byli absolutnie pewni – wedrzeć do Hogwartu. Rozmowę przerwali dopiero w chwili, gdy dostrzegli przechodzącego na korytarzu czarodzieja.
       Gerda poznała go od razu: to on był tym śpiącym podróżnikiem, którego widzieli dzisiaj rano. Wtedy nie przyjrzała mu się dokładnie, ponieważ był odwrócony plecami do ściany, jednak teraz widziała go doskonale. Czarodziej ów, choć wydawał się jeszcze bardzo młody, miał wyjątkowo bladą, zmęczoną twarz i jasnobrązowe włosy poprzeplatane nitkami siwizny. Jak już wcześniej zauważyła Nat, ubrany był w stare, wyświechtane szaty. 
       Nieznany czarodziej zajrzał przez szybę do ich przedziału i wydawało się, że ruszy dalej, jednak w pewnym momencie zatrzymał się i otworzył drzwi.
       - Przepraszam cię – zwrócił się łagodnie do Winnie. – Może źle się czujesz?
       Winnie wciąż siedziała skulona i wyglądała wyjątkowo mizernie. Reszta jej przyjaciół powoli już odzyskiwała rumieńce.
       - Nie, nie… – odparła nieco lękliwie Winnie. – To tylko… przez tego dementora…
       - Może się przedstawię – zaproponował czarodziej, wchodząc do przedziału. – Nazywam się Remus Lupin i jestem waszym nowym nauczycielem obrony przed czarną magią. 
       Następnie zwrócił się ponownie do Winnie:
       - Jeśli tylko czujesz się słabo, mogę cię zaprowadzić do maszynisty. Dostaniesz tam trochę eliksiru rozgrzewającego. Przeszedłem się po całym pociągu i zaprowadziłem już kilku uczniów, więc jeśli tylko czujesz się źle…
       - Nie, nie, panie profesorze… – zaprotestowała natychmiast Winnie, uśmiechając się bohatersko. – Już jest dobrze.
       - Tak? – upewnił się jeszcze profesor Lupin. – To może na wszelki wypadek zjedz trochę czekolady. Naprawdę, nienajlepiej wyglądasz. Masz jakąś czekoladę?
       Gdy Winnie pokręciła głową, profesor Lupin sięgnął do kieszeni i wyjął z niej pudełko z czekoladową żabą.
       - Proszę – powiedział, podając je Winnie. Potem zwrócił się do reszty: – A może któreś z was jeszcze czuje się źle?
       Jednak cała czwórka pokręciła głowami.
       - Gdyby coś było nie tak – powiedział jeszcze profesor – nie bójcie się przyjść i powiedzieć. Znajdziecie mnie na końcu pociągu. 
       Odwrócił się i opuścił przedział, jednak zanim zamknął drzwi, spojrzał na nich jeszcze raz i uśmiechnął się.
       - Za jakieś pół godziny będziemy w Hogwarcie – rzekł. – Do tego czasu już nic nie powinno nas niepokoić.
       Zamknął drzwi i po chwili jego wysoka postać ruszyła wąskim korytarzem.
       Winnie rozwinęła pudełko i odgryzła żabie głowę.
       - Jaki on był miły… – uśmiechnęła się Nat. – Fajnie, że jest nowym nauczycielem.
       - Mam nadzieję, że równie dobrze zaprezentuje się na lekcjach – powiedział Justyn, choć ton jego głosu wskazywał nieznaczne wątpliwości. – Nie zniósłbym drugiego Lockharta.
       - On nawet nie jest podobny do Lockharta – zauważyła Gerda, wciąż wpatrując się w szybę, za którą zniknął ich nowy profesor. – Jest taki… taki…
       - Wygląda na takiego, co zna się na rzeczy – powiedziała Winnie, która po zjedzeniu żaby z powrotem nabrała rumieńców. Przyglądała się teraz karcie, która była w pudełku. – Gifford Ollerton – przeczytała. – Czarodziej znany z zabicia olbrzyma Hengista z Upper Barnton. Stał się bohaterem miasta. *
       Ostatnia część podróży, jak zresztą przewidział profesor Lupin, upłynęła dość spokojnie. W końcu pociąg zatrzymał się, a z przedziałów zaczęli wysypywać się uczniowie.
       - Na szczęście, przestało padać – zauważyła Nat, gdy razem ze wszystkimi wysiedli z pociągu i ruszyli w kierunku powozów zaprzężonych w niewidzialne konie. Dostrzegli majaczącą w oddali postać Hagrida, który, jak zwykle, wołał pierwszoklasistów, aby zgodnie z tradycją przewieźć ich przez jezioro. W pewnej chwili uniósł swoją wielką rękę i pozdrowił kogoś. Gerda dostrzegła idącego parę kroków przed nią Harry’ego Pottera i dwójkę jego przyjaciół, którzy pomachali do niego wesoło.
       - Dobry wieczór! – krzyknął Justyn w stronę olbrzyma, który wciąż czekał, aż wszyscy pierwszoklasiści ustawią się przed nim.
       - Dobry, dobry – zgodził się Hagrid.
       Nat, Gerda i Winnie również pomachały do gajowego, zanim oddalił się i ruszył w kierunku jeziora. One z kolei podeszły do oczekujących na nie powozów.
       - Cześć, Kevin! – zawołał w pewnej chwili Justyn na widok ich kolegi, Kevina Thompsona.
       - Cześć, Justyn – przywitał się Kevin. – Cześć, Bas, cześć dziewczyny.
       Tuż obok niego stał drugi chłopak z ich roku, Alan Wright, który również przywitał się z nimi serdecznie.
       - To jak, wsiadamy? – zapytała Nat.
       - Kobiety mają pierwszeństwo – uśmiechnął się Bastian, zapraszając gestem dziewczęta, by wsiadły do jednego z powozów. – My pojedziemy następnym.
       Nagle dostrzegł zmierzajacego w ich stronę profesora Lupina.
       - Ach, profesorze! – ucieszył się na jego widok. – Niech zgadnę… Pan do Hogwartu?
       - Na to wygląda – uśmiechnął się Lupin. – Hogsmeade o tej porze nie wydaje się zbyt przyjaznym miejscem.
       - Zapraszamy do nas, profesorze! – zawołała Nat. Ona, Gerda i Winnie siedziały już w powozie, gotowe, by jechać do szkoły.
       Profesor Lupin z uśmiechem przyjął zaproszenie i już po chwili niewidzialny koń pociągnął ich w kierunku zamku.
       - Już dobrze się czujesz? – zapytał profesor, zwracając się do Winnie.
       - Tak, dziękuję panu – uśmiechnęła się Winnie. – Czekolada pomogła.
       - To dobrze – ucieszył się profesor. – Z dementorami naprawdę nie ma żartów.
       - A może – zaczęła Gerda – wie pan profesor, skąd się wziął ten dementor w pociągu?
       - Ministerstwo Magii w ostatniej chwili zarządziło kontrolę i wysłało dziesięciu dementorów, żeby spenetrowały pociąg – wyjaśnił Lupin. – Po prostu chciano upewnić się, czy uczniom nie zagraża Syriusz Black. 
       - A nie mogli wysłać aurorów? – zapytała Nat.
       - Słyszałem, że padła też i taka propozycja – przyznał Lupin. – Ale minister magii uznał, że dementorzy będą bardziej skuteczni. W przypadku aurorów wystarczyłby wszak eliksir wielosokowy, czy po prostu dobra maskarada… Dementorów nie można oszukać w ten sposób.
       - Jak pana rano zobaczyłyśmy, pomyślałyśmy, że jest pan aurorem – zaśmiała się Winnie. – Jeszcze nigdy nie widziałyśmy w tym pociągu dorosłego.
       Profesor Lupin uśmiechnął się.
       - Jak widzicie, nie jestem aurorem – powiedział.
       - A wyglądał pan, jak dobrze zamaskowany auror – zaśmiała się Nat, która siedziała obok profesora Lupina i musiała lekko się przekręcić, aby go widzieć. – W pustym przedziale na samym końcu pociągu, pogrążony w głębokim śnie…
       Winnie i Gerda roześmiały się.
       - Byłem po prostu trochę zmęczony – przyznał profesor Lupin. – W ciągu ostatnich paru dni byłem trochę… nieswój.
       - Denerwuje się pan, czy sobie pan poradzi jako nauczyciel? – zapytała Nat.
       Profesor Lupin parsknął śmiechem.
       - Troszeczkę – przyznał się.
       - Na pewno pan sobie poradzi – zapewniła go Gerda. – Uczenie nie jest chyba strasznie trudnym zajęciem.
       - Mam nadzieję – odrzekł Lupin. – Jeszcze nigdy wcześniej nie uczyłem w szkole, ale mam nadzieję, że mnie nie wyleją po pierwszym dniu.
       - Na pewno nie – zapewniły dziewczęta.
       - A tak w ogóle – zmienił temat Lupin – powiedzcie mi, jak się nazywacie?
       - Winnie Barrett – przedstawiła się Winnie.
       - Natalia Morris – dorzuciła Nat.
       - Gertruda Gold – uzupełniła Gerda.
       - Miło mi was poznać – uśmiechnął się Lupin. – Mam nadzieję, że będzie nam się miło pracowało. Lubicie obronę przed czarną magią?
       Gawędzili razem wesoło, aż powóz dotarł przed bramy Hogwartu. Tam, już po raz drugi tego wieczoru, owionął ich nagle dziwny chłód. Gerda rozejrzała się i wydała zduszony okrzyk na widok dementora, którego ujrzała po jednej stronie bramy.
       - Bez obaw – uspokoił ją Lupin. – Dementorom nigdy nie będzie wolno wejść na teren szkoły. Będą tutaj tylko i wyłącznie ze względu na wasze bezpieczeństwo.
       - To dobrze, że nie będą chodzić po zamku – westchnęła Nat. – Bałabym się wyjść na korytarz…
       - Ja bym się mimo wszystko czuła znacznie bezpieczniejsza, gdyby ich tu nie było – wyznała Winnie.
       - Ty może tak – rzekła Nat. – Ale taki na przykład Harry Potter…
       - Ach… o wilku mowa – zauważył nagle Lupin, spoglądając na błonia, gdzie stało kilku uczniów i wyraźnie się ze sobą spierało. Jednym z nich był właśnie Harry. – Chyba pójdę sprawdzić, czy nie trzeba im pomóc dojść do porozumienia… Dziękuję, dziewczęta, za miłą podróż. Myślę, że niebawem spotkamy się na zajęciach. 
       - My też dziękujemy – odparły dziewczęta, po czym wysiadły za profesorem Lupinem, który natychmiast podszedł do kłócących się chłopców.
       - Jakiś problem? – usłyszały jeszcze jego spokojny głos.
       - Już nie mogę się doczekać pierwszej lekcji z nim – wyznała Winnie, idąc w stronę ogromnych drzwi prowadzących do Wielkiej Sali.
       - Wygląda, jakby ostatnio dużo chorował – zauważyła Nat. – Mam nadzieję, że niedługo wydobrzeje. Szkoda by go było… Nie wiem, jak wy, ale ja go już piekielnie lubię.
       - Kogo piekielnie lubisz? – zapytał Justyn, zjawiając się nie wiadomo skąd u boku swojej dziewczyny. Po chwili dołączyli do nich Bastian, Kevin i Alan i cała siódemka ruszyła do Wielkiej Sali.
       Przepastną salę wejściową oświetlały zatknięte przy ścianach pochodnie; na wprost wejścia wspaniałe marmurowe schody wiodły na górne piętra. Tłum uczniów kierował się na prawo, ku szeroko otwartym drzwiom Wielkiej Sali.
       W ogromnej, rozświetlonej tysiącem świec sali jadalnej, panował typowy dla rozpoczęcia roku rozgardiasz. Koledzy odnajdywali się nawzajem – jeśli jeszcze tego nie uczynili w pociągu – i siadali przy stołach. Niebawem wszyscy zajęli już swoje miejsca; teraz sala czekała już tylko na pierwszoroczniaków.
       - Patrzcie, tam siedzi profesor Lupin! – powiedziała Nat, wskazując trzecie miejsce po prawej stronie profesora Dumbledore’a, zajęte przez ich nowego profesora. Lupin, choć wyglądał niezwykle ubogo wśród pozostałych nauczycieli, wystrojonych w najlepsze szaty, sprawiał wrażenie zupełnie odprężonego i wesoło prowadził pogawędkę z panią Sprout.
       Gerda ogarnęła wzrokiem cały stół nauczycielski, z uśmiechem przyglądając się wszystkim swoim nauczycielom. Jedno z miejsc obok profesora Dumbledore’a było wolne – było to miejsce profesor McGonagall, która, zgodnie z hogwardzką tradycją, miała za chwilę przyprowadzić nowych uczniów. (Przy końcu stołu siedział już gajowy Hagrid, więc mogli się tego spodziewać lada chwila.) Dalej siedział profesor Flitwick, malutki czarodziej, który opiekował się ich domem. Obok niego dostrzegła profesor Sinistrę, nauczycielkę astronomii. A tuż obok…
       - A gdzie jest profesor Burbage? – zapytała nagle Gerda.
       - Widziałem ją w Sali Wejściowej, jak rozmawiała z McGonagall – odpowiedział jej Alan. – Pewnie się spóźni.
       - Nie widzę też profesora Kettleburna – zauważył Kevin. – Też się spóźni?
       - Ale chyba nie umarł? – przestraszyła się Winnie. Profesor Kettleburn uczył opieki nad magicznymi stworzeniami, a Winnie od trzeciej klasy uczęszczała na jego lekcje. Swoją przyszłą karierę wiązała z uzdrowicielstwem i opieka nad magicznymi stworzeniami była w jej przypadku niezbędna.
       - Nie widzę żadnej nowej twarzy, poza panem Lupinem – wyznała po chwili. – Mam nadzieję, że profesor Dumbledore nie zrezygnował z tego przedmiotu…
       - Nie powinien – stwierdził Alan. – To jeden z podstawowych przedmiotów branych pod uwagę w kilku popularnych zawodach. 
       - Na pewno wszystkiego się zaraz dowiemy – rzekł Justyn, bawiąc się złotym widelcem.
       Chwilę później drzwi otworzyły się i do Wielkiej Sali wkroczyła procesja przerażonych pierwszoroczniaków, kierując się tam, gdzie zgodnie z tradycją czekała na nich już Tiara Przydziału. Jednak osobą, która im przewodniczyła, nie była profesor McGonagall.
       - To profesor Burbage!… – szepnęła Gerda, poznając swoją nauczycielkę mugoloznawstwa.
       - A więc gdzie jest profesor McGonagall? – zastanowiła się Winnie.
       Tymczasem profesor Burbage doprowadziła uczniów do stołka, na którym spoczywała Tiara Przydziału, i poleciła im się zatrzymać. Pierwszoklasiści zatrzymali się posłusznie, wpatrując się w kapelusz z napięciem. Po chwili Tiara poruszyła się, a jeden z jej szwów rozpruł się i zaczął śpiewać:
     
    Kto żyw, niechaj usłyszy
    Piosenkę starej Tiary.
    Już chwile ważne przyszły,
    Wnet staną się tu czary.
    Słuchajcie, Hogwartczanie
    Przybyli po raz pierwszy,
    Wyjaśnię me zadanie,
    Wsłuchajcie się w sens wierszy.
    Wy przy mnie nie zbłądzicie,
    Choć teraz jeszcze nie wiem,
    Kto wyście, gdzie spędzicie,
    W Hogwarcie lat aż siedem.
    Lecz wejrzę w jaźnie wasze,
    Rozpoznam wasze cele.
    A maski mi nie straszne,
    Ja mogę dojrzeć wiele.
    Poszukać chcę cech waszych,
    Czy złość to, czy pogoda,
    By w zamku przodków naszych
    Zamieszkać mogła zgoda.
    Czy jest w was wielkie męstwo,
    Lwie serce, silne ramię?
    Kto ich używa często,
    Gryfonem wnet się stanie.
    Czy może to sumienność,
    Prawość, chęć pomocy,
    Puchona zacną godność
    Da wam z mojej mocy?
    A może duch rozumu
    Rozświetla wasze dusze?
    Takiego ucznia z tłumu
    Krukonem zrobić muszę.
    A jeśli ktoś z was marzy
    Ster trzymać, świat przemierzyć,
    Takiemu wnet się zdarzy
    Ślizgona godność dzierżyć.
    Więc już bez zbędnej zwłoki,
    Na głowy mnie wkładajcie!
    Niech brzmią wnet wasze kroki
    W tysiąc-już-letnim Hogwarcie.
       Gdy tylko Tiara umilkła, w całej sali rozbrzmiały gromkie oklaski. Trwały one przez dobrą chwilę, a gdy umilkły, profesor Burbage zwróciła się do pierwszoroczniaków:
       - Gdy wyczytam czyjeś nazwisko, ta osoba siada na stołku i zakłada Tiarę, a po dokonaniu przydziału zajmuje miejsce przy właściwym stole. Zapraszam pana… Aubrey, Stanley!
       Pierwszy chłopczyk został przydzielony do Ravenclawu. Gerda dłuższą chwilę klaskała razem z innymi, witając swojego nowego współdomowca, po czym z uwagą wróciła do obserwowania dalszej części Ceremonii Przydziału. 
       Ceremonia trwała około dwudziestu minut; gdy w końcu „Vince, Mandy” została przydzielona do Gryffindoru, profesor Flitwick wstał ze swojego miejsca, by pomóc przy wynoszeniu stołka i Tiary, która już wypełniła swój doroczny obowiązek.
       - Spójrzcie – powiedział nagle Justyn, wpatrując się w odległy koniec sali. – Znalazła się i profesor McGonagall!
       Rzeczywiście: profesor McGonagall wkroczyła właśnie do Wielkiej Sali, prowadząc ze sobą dwoje uczniów. Byli to Harry Potter i jego przyjaciółka, którzy natychmiast ruszyli w stronę stołu Gryfonów.
       - Wygląda na to, że młody Potter znowu szuka kłopotów – zażartował Bastian, spoglądając na szczupłą postać Harry’ego, siadającego po jednej stronie swojego rudego przyjaciela z Gryffindoru. – Pamiętacie, jak w zeszłym roku przyleciał zaczarowanym samochodem?
       - Bas, tym razem nie ma się z czego śmiać – powiedziała z oburzeniem Mila Walters, ich koleżanka z Ravenclawu. – Percy Weasley mi mówił, że Harry zasłabł, kiedy dementor wszedł do jego przedziału. Tyle szczęścia, że był tam ten nowy profesor i mu pomógł.
       Bastian chyba chciał jeszcze coś powiedzieć, jednak nie było już okazji, bo profesor Dumbledore wstał ze swojego miejsca.
       - Witajcie! – powiedział donośnym głosem. – Witajcie u progu kolejnego roku nauki w Hogwarcie! Pragnę wam powiedzieć o kilku sprawach, a ponieważ jedna z nich jest bardzo poważna, sądzę, że najlepiej będzie, jeśli od razu przejdę do rzeczy, zanim ta wspaniała uczta zamroczy wam mózgi…
       Zrobił pauzę, odchrząknął i oznajmił:
       - Zapewne wszyscy już wiecie, źe nasza szkoła gości strażników z Azkabanu, którzy są tutaj z polecenia Ministerstwa Magii. To oni przeszukali wasz
    pociąg.
       Znowu zamilkł, a uczniowie popatrzyli po sobie ponuro, niektórzy wymienili półgłosem uwagi. Nietrudno było zgadnąć, że nikomu nie podobała się ta perspektywa.
       - Strażnicy pełnią wartę przy każdym wejściu na teren szkoły – ciągnął Dumbledore – a póki są wśród nas, nikomu nie wolno opuścić szkoły bez pozwolenia. Nie łudźcie się: dementorów nie da się oszukać żadnymi sztuczkami, przebierankami… czy nawet pelerynami-niewidkami. Nie będą wysłuchiwać żadnych próśb ani wymówek. To nie leży w ich naturze. Dlatego ostrzegam was, żebyście nie dali im powodu do zrobienia wam krzywdy. Liczę na prefektów domów i na naszą nową parę prefektów naczelnych, liczę, że zadbają, by nikt nie próbował wyprowadzić dementorów w pole.
       Dumbledore znowu zrobił pauzę i spojrzał z powagą po sali, w której zapadła głucha cisza.
       - A teraz coś weselszego – powiedział po chwili. – Mam przyjemność powitać w naszym gronie dwóch nowych nauczycieli. Najpierw profesora Lupina, który zgodził się łaskawie objąć stanowisko nauczyciela obrony przed czarną magią.
       Rozległy się skąpe, niezbyt entuzjastyczne oklaski. Profesor Lupin wstał ze swojego miejsca i ukłonił się lekko z nieznacznym, skromnym uśmiechem. Wyglądał wyjątkowo nędznie, z mysimi włosami i wyświechtaną szatą. Gerda, która jako jedna z nielicznych klaskała żarliwie, poczuła, że zaczyna mu współczuć. Wyglądał na takiego… osamotnionego… w tym swoim ubóstwie. Nagle poczuła wyrzuty sumienia, że ma na sobie nową, piękną szatę czarodziejki. Gdyby włożyła coś starego i znoszonego… może profesorowi Lupinowi nie sprawiłoby to różnicy, ale ona czułaby się znacznie lepiej.
       - A teraz przedstawię wam drugiego nowego nauczyciela – powiedział Dumbledore, kiedy ucichły oklaski. – No cóż, muszę was z przykrością powiadomić, że profesor Kettleburn, nasz nauczyciel opieki nad magicznymi stworzeniami, przeszedł na zasłużoną emeryturę, żeby w spokoju pielęgnować to, co mu jeszcze z ciała pozostało. Mam jednak przyjemność oznajmienia wam, że jego miejsce zajmie w tym roku Rubeus Hagrid, który zgodził się objąć to stanowisko, nie rezygnując ze swoich obowiązków gajowego Hogwartu.
       Tym razem sala eksplodowała gorącymi oklaskami i wiwatami. Hagrid poczerwieniał jak rubin i spuścił skromnie oczy, wpatrując się w swoje olbrzymie dłonie. Szeroki uśmiech prawie zniknął pod gęstwiną jego czarnej brody.
       - Trochę szkoda profesora Kettleburna – powiedziała Winnie, również gromko oklaskując gajowego. – Ale Hagrid musi znać się na rzeczy, po prostu musi! Super, że to on będzie mnie przygotowywał do owutema.
       - No, myślę, że z ważnych spraw to już wszystko – powiedział Dumbledore. – Czas rozpocząć ucztę!
       Stojące przed nimi złote półmiski i czary nagle napełniły się jedzeniem i piciem. Gerda, która była już wściekle głodna, nałożyła sobie pieczonego kurczaka z ziemniakami i mizerią i zajęła się jedzeniem. 
       Gdy znikły już ostatnie kawałki dyniowego ciasta, profesor Dumbledore oznajmił, że czas udać się do dormitoriów. Przy stołach natychmiast powstał zwykły rozgardiasz, gdy uczniowie zaczęli kierować się w swoje strony.
       Krukoni wyruszyli do zachodniej wieży. Po pokonaniu kilku kondygnacji schodów dotarli do szczytu zachodniej wieży, gdzie znajdowały się tylko drewniane, stare drzwi, w których nie było ani klamki, ani dziurki od klucza, była za to kołatka w kształcie kruka, wykonana z brązu. Gdy Mila Walters, która prowadziła pierwszoroczniaków, zapukała, kruk wyśpiewał zagadkę:
       - Należy do ciebie, choć jest używane przez wiele osób. Co to jest?
       - Aby wejść do naszej wieży, trzeba odpowiedzieć poprawnie na zagadkę zadaną przez kruka – powiedziała Mila, odwracając się przez ramię do pierwszoklasistów. – Na początku te zagadki mogą sprawiać wam trudność, jednak z czasem zauważycie, że one się powtarzają. Kruk zna sto dwadzieścia siedem zagadek, dowolnie je sobie wybiera. Zdarza się, że jedną zada kilka razy w ciągu dnia, a do drugiej nie wraca przez kilka miesięcy. Gdy ktoś nie zdoła odpowiedzieć, kruk czeka, aż znajdzie się ktoś, ktoś będzie znał odpowiedź. To jest dobry sposób na nauczenie się haseł, chociaż, oczywiście, można też użyć swoich szarych komórek. – Zrobiła krótką pauzę, po czym uśmiechnęła się lekko. – To co, ma ktoś jakiś pomysł? Coś, co należy do ciebie, choć jest używane przez wielu.
       Pierwszoroczniacy zamyślili się przez chwilę. A potem rękę podniósł Stanley Aubrey, chłopiec, który jako pierwszy został przydzielony do ich domu.
       - Tak? – zachęciła go Mila.
       - Ja chyba wiem – wyraził przypuszczenie Stanley. – To pieniądze.
       Justyn i Bastian ryknęli śmiechem. Zawtórowało im również kilku innych Krukonów, przysłuchujących się Mili i pierwszoklasistom.
       - No… niezupełnie – powiedziała Mila, dzielnie starając się zachować powagę. – Ktoś ma inny pomysł?
       Tym razem rękę podniosła drobna blondynka o piegowatej twarzy.
       - To chyba imię – powiedziała.
       - Brawo! – pochwaliła ją Mila, a nowi koledzy nagrodzili dziewczynkę gromkimi oklaskami. – Jak się nazywasz, kochana?
       - Emily Richards – odparła dziewczynka, lekko zawstydzonym głosem.
       - Gdyby nie to, że semestr jeszcze się nie zaczął, zarobiłabyś kilka punktów dla Ravenclawu – uśmiechnęła się do niej Mila. – Mam nadzieję, że jeszcze będę miała okazję cię nagrodzić… Zuch z ciebie.
       Emily zawstydziła się jeszcze bardziej, jednak widać było, że komplement mile ją połechtał. Tymczasem drzwi otworzyły się same i Krukoni weszli do swojego pokoju wspólnego. Był to obszerny, okrągły pokój, większy od wszystkich pokojów w Hogwarcie. Wdzięczne sklepienie, łukowe okna przedzielały ściany obwieszone niebiesko-brązowymi jedwabnymi tkaninami. Na kopulastym sklepieniu namalowane były srebrne i złote gwiazdy, które widniały również na granatowym dywanie pokrywającym podłogę. Były tam stoliki, fotele, biblioteczki, a w niszy naprzeciw drzwi stał wysoki posąg z białego marmuru, przedstawiający Rowenę Ravenclaw. Z okien rozciągał się widok na góry.
       Mila zatrzymała pierwszoklasistów w salonie, aby udzielić im ostatnich informacji, a pozostała część Krukonów rozeszła się do swoich sypialni. Nat, Gerda i Winnie wspięły się po schodach i przeszły przez drzwi, na których widniał napis „VII klasa, dziewczęta”. W środku czekały już na nie kufry.
       - Nie chce się wierzyć, że to już ostatni rok, prawda dziewczyny? – odezwała się Mila, gdy tylko zjawiła się w dormitorium. Razem z nią przyszła ostatnia mieszkanka ich sypialni, Amy Myles.
       - Ale ten rok się dopiero zaczyna – przypomniała Nat wesoło, wygrzebując z kufra swoją błękitną koszulę nocną. – Jeśli pozwolicie, pójdę się pierwsza umyć.
       - Ale tylko pod warunkiem, że wyrobisz się w dziesięć minut – zagroziła jej palcem Winnie.
       - A jeśli nie? – Nat spojrzała na nią wzrokiem chochlika.
       - Wtedy wywleczemy cię stamtąd siłą – udzieliła wyjaśnienia Winnie. – Nagą i namydloną. Więc lepiej się pospiesz.
       - Kiedy zaczynacie się uczyć? – zapytała Gerda, gdy Nat zniknęła za drzwiami malutkiej łazienki, znajdującej się w ich dormitorium.
       - Oczywiście, że jak najszybciej – odpowiedziała Amy, rozpakowując swój kufer i zapełniając ubraniami swoją półkę w stojącej w kącie szafie.
       - Od jutra biorę się za eliksiry – wyznała Winnie, wypakowując swoje podręczniki. – A potem za zielarstwo… Ale nie mam pojęcia, co ja zrobię z TYM.
       Właśnie wyjęła z torby wielką, oprawioną w skórę książkę, powiązaną solidnie grubymi sznurami.
       - Co to jest? – zapytała Gerda, podchodząc do przyjaciółki i wyjmując jej książkę z rąk. Nagle poczuła, że książka lekko dygoce. – „Potworna Księga Potworów” – przeczytała z okładki. – Po co ją obwiązałaś?
       - Nie chcesz wiedzieć, Kama – odparła Winnie złowieszczo.
       Nagle książka szarpnęła się gwałtownie i wyśliznęła Gerdzie z rąk. Gdy upadła na podłogę, jeden z węzłów pękł i po chwili książka była już wolna. Gdy tylko to poczuła, rzuciła się na Milę, kłapiąc okładką, jakby chciała jej odgryźć palce. Mila z głośnym krzykiem wskoczyła na swoje łóżko.
       - Co tam się dzieje? – rozległ się nagle zaniepokojony głos Nat, dobiegający z łazienki.
       - Nie wyłaź, Nat! – krzyknęła Winnie, blednąc pod swoimi piegami. – O, matko… wytrzymaj chwilę, zaraz opanuję sytuację!
       Wyciągnęła różdżkę i z trudem wycelowała nią w podskakującą książkę. Błysnęło czerwone światło i książka zastygła w bezruchu.
       Drzwi łazienki otworzyły się i wyszła z nich Nat, już ubrana w swoją koszulę, z mokrymi, potarganymi włosami.
       - Co tu się stało? – zapytała.
       - Podręcznik Winnie dostał wścieklizny – wyjaśniła Mila, schodząc ostrożnie ze swojego łóżka.
       - Hagrid zażyczył sobie właśnie taką książkę – usprawiedliwiła się Winnie, ponownie obwiązując nieruchomą książkę sznurkiem. – Nie wiem, jak będziemy z niej korzystać… Jak nic przez cały rok będę czytać tylko opracowania.
       Gdy w końcu wszystkie Krukonki położyły się spać w swoich łóżkach, dochodziła jedenasta. Gerda bardzo szybko zasnęła, jednak przedtem zdążyła raz jeszcze pomyśleć o profesorze Lupinie. I raz jeszcze poczuła, że jest jej go ogromnie żal.
       * [źródło] http://pl.harrypotter.wikia.com/wiki/Gifford_Ollerton

    • RSS